środa, 19 sierpnia 2015

Rozdział czwarty (II)

Rozdział czwarty (II)

Wieczorem do domu wróciła Taylor. Tak jak przewidywałem chciała iść coś zjeść. Zaproponowałem by w trójkę pójść na pizzę. Christian chciał przejść się potem do kina, więc tak zrobiliśmy. Taylor wybrała jaką komedie, na szczęście nie była ona romantyczna. Po obejrzeniu filmu zaproponowałem by przejść się na jakąś imprezę w końcu był piątek i jutro nikt nie musiał wcześniej wstać. Wróciliśmy do domu by się uszykować, a godzinę później siedzieliśmy w boksie, w najbardziej zatłoczonym klubie w mieście. Zamówiliśmy drinki i rozmawialiśmy o naszych planach na przyszłość. Christian przedstawił nam swój obszerny sposób na stanie się milionerem. Wierzyłem, że mu się uda i życzyłem najlepiej, bo w końcu jest moim przyjacielem. Taylor opowiedziała jak to z pozycji asystentki stanie się prezesem, albo i samym dyrektorem firmy architektonicznej, którą zresztą sama założy. Nie byłem przekonany co do jej pomysłu, ale niech spełnia swoje marzenia. Ja natomiast pochwaliłem się tym, że niedługo kupuje biurowiec i otworzę swoją firmę.
- To gdzie chcesz kupić ten budynek? - zapytała Taylor popijając swoje Mojito.
- W zasadzie nie jest to dla mnie istotne w jakim mieście to będzie. Ważne, żeby było w Stanach. Myślałem o tym, że tutaj w LA było by dobrze, ale może być też na drugim końcu kraju.
- A co ze mną? - zapytała.
- Przecież masz plan na życie - powiedziałem nie wiedząc o co jej chodzi.
- Nie wiążesz ze mną swojej przyszłości? - to pytanie zadaje mi dziewczyna, która jest ze mną dla seksu.
Poczułem się jak jakiś idiota. Nie wiedziałem co mam odpowiedzieć, nie wiedziałem co to ma być za pytanie. Przecież ona mnie nie kocha, a ja jej. To tylko seks, nic po za tym. Czy ona sobie czegoś nie uroniła?
- Dobra spokojnie, bo się zrobiło nieprzyjemnie - wtrącił Christian, za co byłem mu dozgonnie wdzięczny.
Taylor nadal patrzyła na mnie tym swoim dziwnym wzrokiem i nie wiedziałem co mam jej powiedzieć. Potem atmosfera trochę ochłonęła, jeżeli tak mogę powiedzieć. Posiedzieliśmy trochę, popiliśmy, a około trzeciej nad ranem postanowiliśmy wrócić do domu.
- Wezmę prysznic - powiedziałem do blondynki i wszedłem do łazienki.
- Ja z tobą, dobrze? - zapytała i zaczęła się rozbierać.
- Nie widzę problemu - odpowiedziałem ściągając koszulkę.
Odkręciłem wodę, a Taylor stała już naga przy lustrze i zmywała makijaż. Zdjąłem resztę ubrań i wszedłem pod strumień ciepłej wody. Dziewczyna zrobiła to zaraz za mną, przed tym związując swoje włosy. Chwyciła swój żel pod prysznic i zaczęła wcierać go w swoje ciało.
Szczerze? Jeszcze kiedyś by mnie to może podnieciło, ale dziś? Jakoś przestaje to na mnie działać.
- Taylor? - popatrzyła na mnie. - O co ci chodziło w klubie?
- Nie ważne... - odpowiedziała spłukując płyn.
- Ważne.
- Oj, przestań już Justin. To było nie istotne. Nie chce mi się o tym rozmawiać, w szczególności teraz.
- Taylor...
- Cichutko - powiedziała i przyłożyła palec wskazujący do moich ust. - Pieprz mnie, ostro.
No i znów się poddałem. Znów zareagowałem na jej słowa jak posłuszny pies. Bez żadnych skrupułów, nic kompletnie. Pociągnąłem ją za rękę w stronę sypialni i mocno rzuciłem na łóżko. Zaśmiała się i połączyła nasze usta. Tak jak chciała, tak jak zawsze mocno w nią wszedłem. Szybko i z agresją poruszałem biodrami. Taylor piszczała i krzyczała z przyjemności.
A dla mnie? Dla mnie to był tylko seks. Seks dający mi coraz mniej przyjemności. Oczywiście korzystałem z niego, no bo który facet by nie korzystał z seksownej blondynki wijącej się pod nim. Korzystałem, ale nie tak jakbym tego chciał. Ona nie dawała mi takiej przyjemności o jakiej myślałem.
- Jesteś wielki. To było cudowne - powiedziała moja dziewczyna po naszym stosunku.
Położyłem się obok niej na poduszkach i próbowałem zasnąć. Nie wychodziło mi to za dobrze. W mojej głowie cały czas chodziło to nazwisko. Johnson Industry. Johnson. Skąd ja znam to nazwisko?!

Rano obudził mnie dźwięk telefonu, chwyciłem go do ręki i bez patrzenia kto dzwoni odebrałem.
- Justin? - zapytała dziewczyna w telefonie.
Nie mogłem rozpoznać głosu osoby w słuchawce, ale był mi on bliski.
- Jesteś tam? Zmieniłeś numer?
Nadal nie mogłem go rozpoznać jednak byłem coraz bliżej, niech powie coś jeszcze.
- Halo? To ważne, Justin! - krzyknęła, a ja już wiedziałem z kim rozmawiam.
Nie mogłem uwierzyć własnym uszom, może mam jakieś halucynacje? Jednak wstałem z łóżka, tak by nie obudzić śpiącej Taylor i dlatego, że byłem nagi wszedłem do łazienki.
- Tak jestem... - odpowiedziałem zdezorientowany.
Dlaczego dzwoni?  Czy chcę z nią rozmawiać? A niby dlaczego miałbym nie chcieć? Tylko skoro dzwoni to musiało się coś stać, prawda? Tylko co?
- Coś się stało? - zapytałem jakby to wcale nie było oczywiste.
Chwile nic nie mówiła, a za chwilę słyszałem jak podciąga nosem. Płakała. Jednak nie zdążyłem nic powiedzieć.
- Zadzwoniłam do cioci Pattie, słuchaj Justin ona prosiła, żebym nic ci nie mówiła, ale tak nie może być. Musisz wiedzieć, to twoja mama.
- Bree spokojnie, powiedz co się stało.
W słuchawce trwała cisza, a po chwili usłyszałem zdanie, którego nigdy bym się nie spodziewał:
- Justin, Pattie ma raka... 

 ~.~
No! To powiedzcie, spodziewaliście się tego?!
Prosiłabym, żebyście w komentarzach napisali czego się spodziewacie.
Jak myślicie co się będzie działo, i co byście chcieliby się działo.
Może akurat coś mam w głowie.
Czekam i pozdrawiam was!

niedziela, 9 sierpnia 2015

Rozdział trzeci (II)

Rozdział trzeci (II)

Siedziałam na krześle przy swoim wielkim biurku, a za mną rozprzestrzeniła się panorama Nowego Yorku. Od godziny próbowaliśmy z Olivierem ustalić plan spotkań na następny tydzień. Nie było to łatwe, czego można się domyślić. Połączenie spotkań w dwóch totalnie innych firmach nie mogło być proste. Połowę spotkań, na których nie musiałam pojawiać się osobiście powierzyłam blondynowi, jednak mimo to nadal nie wiedzieliśmy gdzie wepchnąć resztę. Jestem w NY od miesiąca i już powoli nie daje sobie rady. Wszyscy mówią mi, że świetnie mi idzie, ale sama jakoś w to nie wierzę. Teraz rozumiem dlaczego rodzice wracali do domu zmęczeni i pracowali jeszcze po pracy. Ja teraz pracuje za obydwóch. Boje się, że nie podołam. 
- Bree, a jakbyśmy dali tego gościa na czwartek o 13:00, a tą panią na wtorek o 11:00? - zaproponował Olivier. 
- A może przesuniemy pana Blue na następny tydzień?
- Nie ma takiej możliwości. Czeka na spotkanie od trzech tygodni i codziennie dzwoni by się przypomnieć. 
- Grrrr.. Co za człowiek, jakby nie mógł jeszcze troszkę poczekać...
- Co powiesz na kawę? Jedź do domu bo już późno, a ja za pół godziny dojadę z pysznościami ze Starbucksa! Co ty na to?
- Jesteś kochany - powiedziałam i chwyciłam swoją torebkę. - Nie do zastąpienia!
- Frappucino? - zapytał, a ja zaśmiałam się na to jak dobrze mnie poznał w tak krótki czas. 
- Karmelowe, dziękuje! - powiedziałam i wyszłam z mojego biura.  
Podeszłam do biurka moich sekretarek i poprosiłam by jedna z nich kazała podwieźć komuś moje auto pod główne wejście. Po chwili zjeżdżałam windą z dwudziestego drugiego piętra firmy bankowej mojej mamy, znaczy z mojej bankowej firmy. Podeszłam do recepcji i oddałam swoją kartę.
- Jak się dzisiaj czujesz, Mia? - zapytałam rudowłosą dziewczynę za ladą.
Niedawno wróciła z urlopu. Miała poważną operacje, oficjalnie nie powinna jeszcze pracować, ale jej sytuacja finansowa nie była za ciekawa. Nie chciałam się zgodzić by już teraz wracała do pracy, ale bardzo prosiła mnie bym pozwoliła jej wrócić. Jest samotną matką i nie dałaby rady żyć z samego zasiłku. Jej oszczędności się skończyły, a na pożyczkę nie mogła sobie pozwolić.
- Jest dobrze, dziękuje. A ty jak sobie radzisz? - mówiłyśmy do siebie po imieniu, bo byłyśmy w podobnym wieku.
No może nie tak bardzo podobnym. Mia była ode mnie starsza od dwa lata, miała niesamowity charakter. Bardzo ją polubiłam i zaczęłyśmy powoli się zaprzyjaźniać.
- Jakoś... Nadal uważam, że wcale tutaj nie pasuje, no ale nic na to nie poradzę. To jest nie ważne. Powiedz mi co u twojego małego słodkiego chłopca? - zapytałam o jej synka.
- Udało mi się wysłać go na obóz dla dzieci. Był taki szczęśliwy, a ja ledwo wytrzymałam, żeby się nie popłakać jak wyjeżdżał. Mam też dobre wieści.
- Słucham z wielkim zaciekawieniem - zaśmiałam się.
- Co dzisiaj mamy?
- Piątek i twoje urodziny, dałam ci prezent rano. Przecież pamiętałam! - odpowiedziała oburzona.
- Tak wiem, spokojnie! Dziękuje jeszcze raz za ten prezent. Mówiłam ci, że nie trzeba było! Chodzi teraz o coś innego. Dzwoniłam do lekarza.
- I co się dowiedziałaś!? Mów, bo zaraz oszaleje! Nie trzymaj mnie w tej durnej niepewności już dużej!
- Mogę już pić! - zapiszczała, a ja razem z nią.
- No to moja droga twoje dwudzieste pierwsze urodziny właśnie dziś trzeba opić! Wyśle po ciebie John'a około 19:00! Weź się spakuj bo zostajesz u mnie. To będzie szalony weekend!
- Nie wiem czy powinnam.
- Błagam cię przestań! Wysłałaś Maksa na obóz, weekend masz wolny. Znikam bo moje autko czeka. Do wieczorka! - pożegnałam ją i wyszłam z budynku, przed tym jak zawsze przechodząc przez ochronę i bramki kontrolne.
Wsiadłam do mojego auta i ruszyłam w stronę mojego mieszkania. Jak zwykle kilka przechodni wpatrywało się w moje Porsche, ale nic mnie to nie dziwi. To nie jest tak, że nie mam na co wydawać pieniędzy. Nie! Moi rodzice mieli podpisane umowy z różnymi markami samochodowymi. W zasadzie to firma bankowa mojej mamy ma z tym najwięcej wspólnego. Dyrektorzy oddziałów tych salonów samochodowych mają konta w naszym banku. Z tą na przykład moje białe Porsche Panamera S.
Wjechałam do garażu podziemnego i wysiadłam z samochodu. Chwile potem była w moim apartamencie i czekałam na Oliviera w swoim gabinecie. Usłyszałam dzwonek domofonu podniosłam słuchawkę telefonu leżącego na biurku.
- Olivier do pani, mam wpuścić? - zapytał facet w recepcji budynku.
- Oczywiście, dziękuje.
Ruszyłam do salonu, w którym parę sekund temu stanął blondyn. Podał mi kubek z napisanym moim imieniem. Podziękowałam mu i wypiłam łyk swojej kawy. Następne dwie godziny spędziliśmy na ustalaniu grafiku spotkań.
- Jestem wykończona, całe szczęście, że już skończyliśmy.
- Dokładnie, już myślałem, że się nie uda - odpowiedział Olivier.
Podziękowałam mu za współprace, pożegnaliśmy się i blondyn wyszedł z mojego mieszkania.


~.~





wtorek, 28 lipca 2015

Rozdział drugi (II)

Rozdział drugi (II)

Obudziłem się przez promienie słoneczne wpadające przez moje okno. Teraz kiedy skończyłem studia żałuje, że wybrałem ten pokój. Mimo zasłoniętych rolet tutaj i tak było jasno. Niestety tak się złożyło, że dzisiaj rolety nie zostały zasłonięte. Wstałem z łóżka i ruszyłem do kuchni. Christian gdzieś wybył, ale to nie oznaczało, że zostałem sam. Przy blacie kuchennym pałętała się Taylor.
- Cześć kocie, jak się spało? - pocałowała mnie w policzek i w biegu zaczęła jeść płatki z mlekiem.
- Źle... - odpowiedziałem i wyciągnąłem dwie kromki chleba by uszykować sobie śniadanie.
- Przez rolety? Przepraszam, musiałam. Inaczej bym nie wstała, ale tobie też się to przyda. O 10:00 masz spotkanie z tym przedsiębiorcą, no wiesz. Z tym takim, od którego masz kupić ten biurowiec!
- Przecież bym nie zapomniał! Leć już do pracy bo się spóźnisz! - pocałowałem ją i lekko klepnąłem w pupę.
Taylor pogardziła mnie wzrokiem i biegiem chwyciła szpilki, które też zakładała w biegu. Po chwili zostałem sam w mieszkaniu. Zjadłem swoje śniadanie i poszedłem szybko się ubrać, bo dochodziła 9:40, a dojechać do umówionego miejsca nie było tak łatwo. W końcu o tej godzinie wszyscy jadą do pracy. Ubrałem czarne jeansy, białą koszule i narzuciłem marynarkę. Włosy postawiłem ku górze i gotowy wpadłem do windy. Pora się ustatkować. Wsiadłem do mojego Audi R8 i z piskiem opon ruszyłem. Po ponad 20 minutach byłem na miejscu. Jedyne czego nie rozumiałem to dlaczego nie mogliśmy od razu spotkać się w centralnym biurze tylko teraz w jakieś kawiarni mam przyjść po wstępną umowę. Usiadłem na krześle przy jednym ze stołów, a po chwili dosiadł się do mnie dość wysoki, młody blondyn w garniturze.
- Justin Bieber, zgadza się? - zapytał, a ja skinąłem głową na tak. - Olivier Buts zostałem wyznaczony by przekazać panu umowę wstępną sprzedaży - podał mi czarną kopertę z logiem firmy. - W imieniu firmy Johnson Industry przekazuje, że pani prezes jak i cała działalność mamy nadzieję, że będziemy mieli przyjemność współpracować.
Uścisnął moją dłoń, powiedział, że jak się zdecyduje to mam napisać mail i wyszedł, a ja stałem tam i nie wierzyłem, że tak szybko poszło. Zamówiłem dużą latte i zacząłem przeglądać zawartość danej mi koperty. Karciło mnie jedynie to nazwisko. Kojarzyłem je, ale nie wiedziałem skąd. W końcu uznałem, że coś mi się pomyliło i wróciłem do czytania umowy. Większość mi odpowiadała, w końcu to tylko umowa o kupno, ale wolałem dokładnie wszystko przejrzeć. Miałem to ułatwione dzięki zakończonych studiach biznesu międzynarodowego. Nauczyłem się jak dokładnie czytać umowy. To jeden z tych wykładów, na których słuchałem, a nie było ich za dużo. Na większości myślałem o tym co zwykle. Teraz nauczyłem się nie myśleć o tym. Schowałem temat Bree daleko w pamięci. Jednak zanim do tego doszedłem połowę mojego tamtejszego życia, albo nawet więcej przeznaczałem na myślenie o niej. O tym co robi, co się z nią dzieje, czy jest szczęśliwa?
Jasne mogłem zapytać mamę, ale nie wiedziałem czy dziwnie by to nie wyszło, aż w końcu oznajmiła mi, że Bree się wyprowadziła. Było to dla mnie jak cios w serce. Bolesny cios. Nie umiałem sobie wybaczyć, że mogę jej już nigdy nie zobaczyć, nie usłyszeć jej głosu i nie dotknąć jej delikatnej skóry. Nie poczuć jej ust na moich i nie kochać się z nią, właśnie wtedy wróciły przemyślenia z tamtego okresu. Z tego czasu kiedy wyjechała. Tylko teraz uderzyły ze zdwojoną siłą, nie wiedzieć czemu. Nadal nie mogę sobie wybaczyć, że nie pojechałem jej odwiedzić, kiedy jeszcze była w Miami. Teraz nawet nie wiem gdzie jest, nie spytałem nawet. Wolałem ominąć pytania: Dlaczego pytasz? Po co ci to wiedzieć?
Stop! Nie mogę o tym myśleć! Tyle czasu potrzebowałem, żeby się otrząsnąć. Nie mogę tego zaprzepaścić. Właśnie wtedy, kiedy nie umiałem sobie poradzić z tą całą historią związaną z Bree, wtedy poznałem Taylor. Ona pomogła mi wyjść z dołka. Nawet nie wiem jak to wyszło, że jesteśmy parą. Najważniejsze, że się dogadujemy i jest nam razem dobrze. Nie nazwał bym tego miłością. Chyba, że miłością do seksu. Tak, dokładnie tak zaczęła się nasza znajomość. Poznaliśmy się w klubie, na jakieś imprezie, na którą wyciągnął mnie Christian. Nie za ciekawe poznanie, ale to nie było istotne. Oboje byliśmy podpici, tak jakoś wyszło, ale żadne z nas nie żałuje. Miałbym żałować dziewczyny, która jest seksowna i mogę się z nią bezkarnie pieprzyć? Nie no przepraszam, ale żaden facet by nie żałował, więc ja też nie. Nie ma takiej możliwości.
Dopiłem swoją kawę, uregulowałem rachunek i wyszedłem z kawiarni. Wybiła godzina 12:00 postanowiłem odebrać dokumenty z uczelni, miałem zrobić to jutro, ale skoro mam czas dzisiaj. Przed tym wyjechałem do sklepu i kupiłem najpotrzebniejsze produkty do zrobienia spaghetti na obiad. Taylor wróci wieczorem więc pewnie będzie tylko po lunchu. Wyciągnie mnie na kolacje jak prawie co wieczór. Będę zmuszony sam sobie dzisiaj poradzić z jedzeniem. Gdy odebrałem wspomniane dokumenty wróciłem do domu. Wstawiłem makaron i ugotowałam sos. Potem oglądając jakiś mecz w telewizji i jedząc spaghetti znów przypomniał mi się temat Bree. Zdecydowanie za często o niej myślę. Chwyciłem telefon i napisałem maila do Oliviera:
"Witam, z tej strony Justin Bieber. Chciałbym umówić się na spotkanie dotyczące podpisania umowy i zapłaty. Kiedy mogłoby się ono odbyć?"
Wyłączyłem laptopa i w tej chwili do domu wszedł Christian.
- Co robiłeś cały dzień? - zapytałem nadal wpatrując się w telewizor.
- Załatwiałem sprawy związane ze sprzedażą domu w Miami, pewna firma z NY jest zainteresowana kupnem. Umówiłem się na spotkanie za miesiąc. Mają jakieś strasznie napięte te grafiki.
- Firma z NY? Kupuje biurowiec od Johnson Industry z Nowego Yorku.
- Tak, tak to chyba to - powiedział i wszedł do kuchni. - O! Zrobiłeś spaghetti!


~.~
Na razie takie początki, chcę żebyście zobaczyli co się dzieje u Bree i Justina.
Podoba wam się?

Taylor Malite - dwadzieścia dwa lata, jest dziewczyną Justina. Pracuje w firmie swoich rodziców na stanowisku asystentki, ale planuje otworzyć swoją firmę architektoniczną.




sobota, 18 lipca 2015

Rozdział pierwszy (II)

Rozdział pierwszy (II)

Ze snu obudził mnie huk lądującego samolotu. Właśnie wylądowałam w Nowym Yorku, w moim rodzinnym mieście. Tyle się zmieniło, choćby na samym lotnisku. Nie byłam tutaj od śmierci moich rodziców, a to już ponad trzy lata. Dwa tygodnie temu skończyłam liceum, spakowałam się, podziękowałam cioci Pattie za wszystko i żegnając się z nią wytłumaczyłam co się stało. Według spadku, którego odziedziczyłam w wieku dziewiętnastu lat wszystko należy do mnie. Muszę zająć się tymi wszystkimi sprawami. Muszę stanąć na czele firm rodziców. Bankowej firmie mamy i firmie nieruchomości taty. Z Justinem nie widziałam się od trzech lat. Od kiedy pożegnałam go w Los Angeles. Nawet na święta nie miałam tyle odwagi by zostać i spędzić je właśnie z nim i ciocią. 
Wyszłam z samolotu i ruszyłam za tłumem przez biały korytarz. Odebrałam swoją torbę główną i razem z laptopem pod ramieniem wyszłam ze strefy granicznej. Czekał na mnie asystent mojej mamy, który teraz będzie moim asystentem. Przyjechał z 'moim' kierowcą, 'moim' samochodem. Wszytko teraz należy do mnie, muszę się do tego przyzwyczaić. Podeszłam do niego, a on miłym spojrzeniem przywitał mnie.
- Witam panienko Johnson. Jak minął lot? - zapytał.
- Męczący, ale dałam rade. Jakie plany na przyszły tydzień, Olivier.
- Jest bardzo rozbudowany. Dawaliśmy radę bez głównej głowy, ale łatwo nie było. Wszyscy teraz na panią liczą - odpowiedział, gdy ruszyliśmy w stronę samochodu zaparkowanego na zewnątrz.
- Mam nadzieję, że podołam. Nie mam na głowie tylko tej firmy. Jeszcze firma taty, i mam nadzieję, że mi pomożesz. Liczę na ciebie. Aha no i jeszcze jedno. Mam tylko dziewiętnaście lat, mów mi po imieniu. 
- Panienko Johnson, nie powinienem. Muszę mieć szacunek do pracodawcy. 
- Zróbmy tak, gdy będziemy sami mów mi Bree, a jak będziemy w pobliżu ludzi mów jak chcesz. Pasuje? - uśmiechnęłam się, a Olivier przytaknął mi, że zrozumiał.
Wsiedliśmy do Bentleya SUV i ruszyliśmy w stronę mojego nowego mieszkania. Nie chciałam mieszkać w starym domu, bo wszystko przypominało by mi o rodzicach. Zaczynam nowy rozdział. Bez rozpamiętywania starych rzeczy. Jedyne co mi zostało z przeszłości to dwie nie zbyt ciekawe koleżanki. Uzależnienia. Żyletka i heroina to moje najlepsze przyjaciółki. 
- Witam mała, dobrze cię widzieć - odezwał się John, kierowca, który woził moją mamę. 
- Ciebie też, jak poszło przenoszenie wszystkich rzeczy? 
- Wszystko się udało, Bree. Ubrania, dokumenty potrzebne do prowadzenia firmy, jak i wszystkie pozostałe rzeczy wyznaczone przez ciebie.
- Dziękuję, że się tym zająłeś. Olivier czy dzisiaj mam wolny czas? Czy też jakieś spotkania? 
- Zero spotkań, zero spraw do załatwienia. Myślę, że tak - odpowiedział blondyn w garniturze.
- Także masz już wolne, dziękuję ci bardzo i do zobaczenia w poniedziałek.
- Będę pod telefonem - odpowiedział.
- Nie musisz, dam sobie rade - pożegnałam się i wyszłam pod apartamentowcem, w którym zamieszkam. Moim apartamentowcem, należy do firmy taty, do mojej firmy.
Kazałam Johnowi odwieźć Oliviera do domu i weszłam do budynku. Pan przy wejściu zabrał moją walizkę, a ja podeszłam do recepcji. 
- Bree Johnson, poproszę o kartę do apartamentu - miło się uśmiechnęłam.
- Ah panna Johnson, miło panią poznać. Proszę tutaj jest karta - podał mi ją. - Mieszkanie na piętrze 19, parking na poziomie 2. Wszystkie pojazdy są zaparkowane. Kluczyki w szafce, także na parkingu. Dokumenty w pojazdach.
Uśmiechnęłam się i ruszyłam w stronę wind... Więc teraz tak ma wyglądać moje życie. Nigdy nie lubiłam tego całego bogactwa. Tarzania się w pieniądzach. Całe szczęście moi rodzice nie byli tacy jak ci wszyscy bogacze, widzący tylko czubek swojego nosa. Oni zawsze dbali o biednych. Pomagali w różnych fundacjach i ja nie mam zamiaru tego zaprzepaścić. Już wiem, że w poniedziałek spotykam się z głównym przedstawicielem fundacji mojej mamy. Miał ją na głowie przez cały ten czas i muszę mu podziękować. Zresztą jak wszystkim. Wcisnęłam numer mojego piętra, po czym drzwi windy zamknęły się, a ja zostałam sama. Sama ze swoją torebką, laptopem pod pachą, muzyką w głośnikach i mętlikiem w głowie. Gdy weszłam do mieszkania od razu w oczy rzucił mi się sam przepych panujący w pomieszczeniach. Niby byłam do tego przyzwyczajona, ale bycie samemu w takim wielkim mieszkaniu trochę mnie przerażało. Rozsiadłam się na kanapie i włączyłam pilotem pierwszą lepszą stacje radiową. Z moich oczu pociekły łzy, znów. Zostałam sama z tym wszystkim. Wszystko zostało na mojej głowie. Nie mogę się teraz poddać. Tego właśnie nauczyłam się przez te trzy lata. Teraz wiem, że jak po prostu odbiorę sobie życie to będzie najgorsza decyzja jaką mogłabym podjąć. Pokazałabym jaka jestem słaba, a nie chce tego robić. Chcę pokazać jaka silna potrafię być. Dlatego nie poddam się i będę walczyć. Dla rodziców i dla Justina. Tak jak mu to kiedyś obiecałam. Dotrzymam słowa. 
Wstałam, poszłam do łazienki i się umyłam. Gdy miałam się położyć, znów poczułam to chore uczucie. Znów byłam na głodzie. Chwyciłam torebkę, która leżała na stoliku w kuchni i wyciągnęłam z niej woreczek z białym proszkiem. Wsypałam go do strzykawki, zalałam kilkoma kroplami wody i wstrzyknęłam w żyłę. Tam gdzie jeszcze miałam miejsce, o które trudno było na mojej skórze. Nie dość, że miałam blizny po cięciu, teraz ciągle dochodziły blizny po wkłuciach. Najgorsze było to, że nie chciałam przestać ich robić. Chciałam mieć ich coraz więcej. Nie przeszkadzały mi. Postanowiłam spełnić wszystkie swoje marzenia, właśnie teraz. Właśnie teraz podjęłam tą decyzje. Teraz patrząc na wszystkie blizny. Mam kilka marzeń i chce je spełnić teraz gdy jestem młoda. Przy okazji mam pieniądze i łatwiej będzie mi je wykonać. Zaczynam dzisiaj. Ubrałam trampki i wyszłam na zatłoczoną ulice Nowego Yorku. Skierowałam się w znane mi miejsce, a po chwili stanęłam pod drzwiami i pewnie weszłam do środka. Przywitała mnie młoda dziewczyna z uśmiechem na twarzy. Odwzajemniłam go i podeszłam do niej z pewnym zamiarem. Teraz już się nie wycofam. 
- Co cie do nas sprowadza, mała? - zapytała z entuzjazmem. 
- A jak myślisz? - odpowiedziałam z uśmieszkiem i usiadłam na krześle obok dziewczyny.

~.~
Witam was po krótkiej przerwie!
Dzisiaj oficjalnie zaczynamy drugą część TCOMS!
Mam nadzieję, że mój pomysł przypadnie wam do gustu.
Napiszcie w komentarzach co myślicie, może macie jakieś pytania?
Mamy dwóch nowych bohaterów:

Olivier Buts - ma dwadzieścia dziewięć lat i jest asystentem Bree, dawniej był asystentem jej mamy. Jest bardzo otwarty, zabawny i ma ogromny szacunek dla ludzi. 



John Plouse - był kierowcą państwa Jonhson's od kiedy Bree pamięta. Ma czterdzieści dziewięć lat i bardzo dobry kontakt z wieloma ludźmi.








piątek, 17 lipca 2015

Spoiler #4

Spoiler #4

W opowiadaniu pojawi się nowa postać, w zasadzie będzie ich parę. Lecz namieszają tylko dwie. Pojawią się w najmniej spodziewanych momentach TCOMS i zmienią bieg zdarzeń. Może będziecie je lubić, na pewno większość ich znienawidzi. Bynajmniej tak mi się wydaje. 


Premiera już jutro! 18.07.2015r.!


czwartek, 9 lipca 2015

Spoiler #3

Spoiler #3

W tym spoilerze dostaniecie krótki fragment z rozdziału pierwszego:
"Podeszłam do niego, a on miłym spojrzeniem przywitał mnie.
- Witam panienko Jonson. Jak minął lot? - zapytał."
Jak myślicie kto powiedział to do kogo? O jaki lot chodzi? Dokąd i kto nim leciał? Gdzie do niego 'podeszłam'? Odpowiedźcie na te pytania na dole w komentarzach! 




Pamiętajcie! Premiera już 18.07.2015r!

Spoiler #2


Spoiler #2

Jedna z osób w opowiadaniu umrze. Co stanie się głównym powodem dalszych wydarzeń w TCOMS. Między innym przez to, lub dzięki temu główni bohaterowie znów się zobaczą. Nie mogę zdradzić kto i dlaczego zginie, ale może choć troszkę was to zaszokować. Piszcie w komentarzach jak myślicie kto to może być. Jak myślicie. 




Przypominam o premierze! Już 18.07.2015r!