czwartek, 5 lutego 2015

Rozdział czwarty

Rozdział czwarty

Obudziłam się przed 9:00, postanowiłam pobiegać. Kiedyś robiłam to regularnie i pora do tego wrócić. Ubrałam krótkie spodenki dresowe i bluzkę do biegania. Włosy związałam i założyłam nowe Air Max'y. Wychodząc z domu zostawiłam kartkę dla Justin'a z informacją o tym gdzie się znajduję i kiedy wrócę. 


*oczami Justin'a*
Wstałem o 11:00, wszedłem do kuchni i zobaczyłem kartkę od Bree. Było tam napisane, że wyszła pobiegać i wróci około 11:00. Zrobiłem sobie śniadanie, skierowałem się na górę gdzie się ubrałem. Usiadłem na podłodze z gitarą w ręku i zacząłem coś nucić. Nie usłyszałem nawet jak dziewczyna weszła do domu. 
- Jestem! - zobaczyłem ją w drzwiach mojego pokoju. - Co to?
- Piosenka? 
- Yhmm.. 
- To moje.. - podrapałem się po karku.
- Nie wiedziałam, że piszesz piosenki.
- Dużo jeszcze nie wiesz.
- Tak myślę. Czyli fakt numer siedem: Tworzysz muzykę?
- Można tak powiedzieć - odpowiedziałem.
- Kocham muzykę. Jak gram to zatracam się w niej. Nie umiem przestać. Fakt numer siedem: Kocham grać na fortepianie - zaśmiała się.
- Tak myślałem - odpowiedziałem uśmiechem.
- Zagrasz mi to?
- Nie wiem..
- Nie daj się prosić!


*5 dni później*
- Mama dzwoniła.. Jej wyjazd przedłużył się.. Będzie za 3 tygodnie - powiedziałem wchodząc do pokoju Bree, która siedziała na łóżku i czytała.
- Okey... - odpowiedziała jakby nie obecna.
- Chcesz gdzie wyjść?
-  Nie..
- Chcesz coś zjeść?
- Nie..
- Chcesz..
- Nie! - przerwała mi. - Przepraszam zaraz porozmawiamy, ale teraz chwila spokoju proszę! To zbyt ważny moment - zaśmiałem się na jej wypowiedź.
Usiadłem na pufie w kącie i patrzyłem na nią. Może to dziwne, znamy się dopiero tydzień ale jesteśmy już tak blisko. Poznałem kolejne fakty o niej.
Fakt numer osiem: Nie lubi łaskotek.
Fakt numer dziewięć: Uwielbia czarny kolor.
Fakt numer dziesięć: Nie je mięsa. Znaczy je, ale tylko poszczególne rodzaje. To dziwne, ale...
Fakt numer jedenaście: Kocha czytać książki.
Fakt numer dwanaście: Pięknie rysuje.
Dwanaście faktów, teraz pora na mnie...
- Fakt numer osiem: Zawsze śpiewam pod prysznicem. Fakt numer dziewięć: Uwielbiam serowe chrupki. Fakt numer dziesięć: Jestem dobry z matmy. Fakt numer jedenaście: Płynnie mówię po francusku. Fakt numer dwanaście: Mam na drugie imię Drew.
- Dziękuje - odpowiedziała.
- Za co?
- Na to czekałam - usiadłem obok niej.
Patrzyliśmy sobie w oczy, dość długo, co nie przystało na kuzynostwo. Stało się..


*oczami Bree*
Pocałował mnie. Tylko nie to. Obawiałam się tego, a najgorsze jest to, że odwzajemniłam go i mi się podobał. Odsunęłam się od niego i dotknęłam swoich ust.
- Przepraszam - powiedział pierwszy. - Nie powinienem.
- Zgadza się, nie powinieneś, ale ja też nie powinnam - wbiegłam do łazienki i zamknęłam się na klucz.
Wyciągnęłam żyletkę. Nie chciałam, powstrzymywałam się przez te kilka dni, ale nie potrafiłam. To zachowanie jest karygodne. 5pkt/5pkt = 5 kresek. Nowy bandaż i nowe łzy. Nowe blizny, nowe blizny na starych bliznach. Wyszłam z pokoju, a jego już nie było. Usiadłam na łóżku i płakałam. Cały dzień myślałam o tym pocałunku i o każe za niego. 
5 kresek.
5 czerwonych kresek.
5 nowych czerwonych kresek.

~.~
Kolejny rozdział, liczę, że przypadnie wam do gustu :) 



środa, 28 stycznia 2015

Rozdział trzeci

Rozdział trzeci 

*oczami Bree*
Obudziło mnie pukanie do drzwi. Cichym głosem powiedziałam:
- Słucham?
- Bree, śniadanie na stole, choć - odpowiedział mi Justin przez drzwi.
Tak jak ubrałam się do snu nie mogłam zejść, zawsze śpię w bieliźnie. Założyłam dresowe spodenki i bluzkę trochę odsłaniającą mój brzuch. Zeszłam schodami na dół.
- Cześć... - powiedziałam cicho siadając przy stole w kuchni.
- Cześć - odpowiedział odwracają się w moją stronę i położył przede mną talerz z naleśnikami.
Zjedliśmy śniadanie, a nasza rozmowa polegała na: "Podasz mi dżem?" i odpowiedź: "Jasne". Nic więcej. Pomogłam włożyć mu naczynia do zmywarki i stanęłam jak wryta na środku salonu, gdy tylko wypowiedział te słowa:
- Bree, dziękuje, że mnie wczoraj od nich wyrwałaś. Nie chcę żebyśmy teraz się od siebie "odsunęli" jeżeli można powiedzieć, że jakoś się zbliżyliśmy. Chcę żebyś się do mnie odzywała. Nie chcę żeby nasze kontakty tak wyglądały. Nie musiałaś robić tego co wczoraj zrobiłaś, ale zrobiłaś. Nie wiem dlaczego, ale chcę się dowiedzieć. Od kiedy się tu pojawiłaś, a było to wczoraj jestem inny. Nie zmieniłem się jakoś diametralnie, ale jakoś czuję się inaczej. Pewnie uznasz to za dziwactwo, ale gdy wieczorem byliśmy razem na mieście nie czułem chęci na to na co zawsze czuję ochotę. Nie chciałem iść do klubu i zaliczyć jakieś panienki czy wziąć narkotyki. Chciałem spędzić ten czas z tobą. Nie z tobą jako kuzynką, tylko z tobą jako dziewczyną... Fakt numer trzy: jestem uzależniony od narkotyków. Fakt numer cztery: codziennie chodzę na imprezy. 
Nic nie powiedziałam tylko podeszłam do niego i przytuliłam.
- Chcę z tobą rozmawiać. Zrobiłam to wczoraj, bo cię lubię. Też czuje się inaczej, nigdy bym się tak nie otworzyła przed świeżo poznaną mi osobą, a zrobiłam to przed tobą. Fakt numer cztery...
- Pięć - przerwał mi.
- Pięć? 
- Wczoraj sam dopowiedziałem sobie jeden fakt o tobie... - podrapał się po karku.
- Okey... Fakt numer pięć: Nie lubię czyjegoś dotyku, po prostu się go boję. Twojego się nie boję. Jesteś wyjątkowy. 
- Fakt numer pięć: Nigdy nie przytulam dziewczyn. Jesteś wyjątkowa.
- A twoja mama? - zapytałam.
- Jejku, to logiczne, że ją też...


- Justin nie! Nigdzie nie idę! Mieliśmy iść do kina! - powiedziałam jak chłopak zaparkował pod wielką galerią. 
- Idziemy do kina, ale najpierw na zakupy... Wysiadaj!
Weszliśmy do budynku, a Justin od razu skierował się do sklepu z ubraniami.
- Wybieraj - wydarł się.
- Fakt numer sześć: Nie lubię zakupów.
- Ooo.. biedactwo. Fakt numer sześć: Uwielbiam zakupy. - takiej odpowiedzi z jego ust się obawiałam. 
Wybrał mi mnóstwo ubrań, a przy kasie zapłacił. Czułam się dziwnie.
- Justin, nie trzeba. Na prawdę!
- Ale mama kazała. Ja tylko spełniam polecenia.
- Ale.. 830 dolarów? W jednym sklepie? Osiem wielkich siatek? - byłam... Nie wiem jak to opisać.
Moja ciocia płaci za mnie, opiekuje... Tak jakby.. Mam tutaj bardzo dobrze. Nie mam jak się odpłacić.
- Przestań! Teraz buty!
- A może kawa? Błagam!
- Chodź - pociągnął mnie w stronę Starbucks'a.
- Hura! - ucieszyłam się.
- Co chcesz?
- Może być... Frapuccino Carmel.
Zamówił na wynos!
- Zabije cię! Proszę chwila odpoczynku!
- Nie ma tak. Buty! - krzyknął.
- Wystarczą mi moje Nike. Mam w szafie jeszcze Vans'y i jakieś Convers'y.. Starczy.
- A szpilki?
- Mam! 
- Yhmm.. Chodź!
Ruszyliśmy w stronę butiku. Wybraliśmy 8 par butów. To chore, ale się rozluźniłam. Zaszalałam i czerpałam z tego przyjemność. Wybrałam: Air Max'y do biegania, czarne Convers'y za kostkę, bordowe Vans'y i fioletowe Adisas'y Neo. Za to Justin wybrał: czarne Louboutin'y z czerwoną podeszwą, czarne buty na koturnie tylko nie pamiętam nazwy, białe sandałki choć mówiłam mu, że nie nosze takich butów. Aha.. jeszcze białe szpilki. Lekka przesada? O nie to wielka przesada. 2500 dolarów. Przesada.
- Victoria Secret? - spytałam gdy szatyn wszedł do środka.
- Czemu nie? Kupimy ci bieliznę. Nie to żebym miał coś do twoich majteczek, wręcz przeciwnie. Potrzeba ci tego więcej - po jego wypowiedzi walnęłam go w ramię.
Wybrałam 5 par koronkowej bielizny i sama podeszłam z tym do kasy. Nie chciałam by Justin widział co kupuje.
- Ładna! - uśmiechnął się pogardliwie gdy szliśmy do samochodu.
- Widziałeś?
- Widziałem jak przymierzałaś..
- Justin?!
- Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać. 
Włożyliśmy zakupy do auta i poszliśmy do kina. Film był nawet spoko. Jakaś komedia. Po wszystkim wróciliśmy do domu. Justin pomógł mi rozpakować zakupy, a ja włożyłam wszystko na półki w garderobie. Było już dość późno więc pożegnałam się z nim i poszłam się umyć. Gdy już to zrobiłam przeprowadziłam codzienny rytuał. Widział mnie w bieliźnie. Jestem jego kuzynką, a ja zachowuje się jakby był zwykłym chłopakiem. W mojej skali ten wyczyn to 2pkt/5pkt = dwie kreski. 


~.~
Kolejny :*





czwartek, 1 stycznia 2015

Rozdział drugi

Rozdział drugi

*oczami Bree*
Dlaczego tak szybko się zgodzilam na to, żeby wyjść z nim na miasto. Prawie go nie znam. Co ja gadam?! Ja go w ogóle nie znam. Wiem tylko, że ma na imię Justin i jest przystojny. Nic poza tym. 
- Weź jakieś sandałki, czy japonki... W czym tam ci będzie wygodniej - odezwał sie chłopak.
Widać, że on też mnie nie zna, nie jestem sama.
- Pierwszy fakt o mnie, nie lubie ubierać się... Dziewczęco? Wolę na luzie i no.. Wiesz! - odpowiedziałam kierując się do garderoby.
Ubrałam moje czarne Nike Roshe-Run i czarny długi sweterek.
- Teraz twoja kolej! 
- Na co? - zapytał zdezorientowany Justin.
- Na pierwszy fakt o tobie, chciałeś się poznawać nawzajem. To teraz ty!
- Mówiłaś, że nie masz dzisiaj ochoty się otwierać..
- Poprawka.. Ja nie lubię się otwierać w ogóle.. To drugi fakt. Czekam teraz na twoje - powiedziałam i wyszłam z pokoju łapiąc po drodze małą torebkę na dokumenty, portfel i telefon.
- Okey.. No to fakt numer jeden: Kocham samochody. Fakt numer dwa: Mam obsesje na punkcie tatuaży.
- Justin! - uderzyłam go w ramie - Ale też mi fakty?! Ja się tu otwieram a ty co? 
- No co? To były pierwsze dwa fakty, o których musisz wiedzieć! - odpowiedział i otworzył przede mną drzwi wyjściowe, a potem je zakluczył.
Udaliśmy się w stronę ulicy przy, której stało pełno samochodów, a ja wzrokiem próbowałam zgadnąć, które należy do szatyna. Chłopak podszedł do czarnego Lamborghini i otworzył mi drzwi.
- Nie no fakt. Mogłam się spodziewać... W końcu masz bogatą mamusie.. - zaśmiałam się i wsiadłam do samochodu.
- Teraz to tak jakby też twoja mamusia - odezwał się, gdy siedział już za kierownicą.
Ruszyliśmy.
- Mama mówiła, że nie masz zbyt dużo ubrań, bo nie dali ci się spakować czy coś. To prawda? - zapytał.
- Tak, to było bardzo nagłe. Mieszkasz sobie w Nowym Yorku, dowiadujesz się, że twoi rodzice... Nie żyją, masz 10 minut na zabranie najpotrzebniejszych rzeczy i zabierają cię do ośrodka w Connecticut by znaleźć ci nową rodzinę, ale przypominasz osobą pracującym tam, że masz rodzinę w Miami. Potem przeprowadzasz się tutaj. Nie masz czasu by myśleć o czymkolwiek związanym z zakupami czy coś, ale i tak nie mam kasy by sobie coś kupić - gdy to wszystko powiedziałam uświadomiłam sobie, że otwieram się coraz bardziej.
Nigdy się tak nie otwarłam przed świeżo poznaną mi osobą, a przy Justin'ie otwarłam się jak bym znała go od zawsze. To staje się coraz to dziwniejsze.
- Nie denerwuj się mama zostawiła nam kasę i powiedziała, że mam cię zabrać na zakupy. Zrobimy to jutro ok? - zatkało mnie po wypowiedzi Justin'a.
- Nie! Nie trzeba!
- Oj przestań! Jesteś głodna? Zjemy coś?
- Yhmm..


Zjedliśmy kolacje w włoskiej knajpce, spacerowaliśmy po promenadzie i co dziwne dla mnie.. Rozmawialiśmy. Około 22:00 wróciliśmy do domu. Ruszyłam do góry, a Justin miał zrobić popcorn i mieliśmy obejrzeć film u niego w pokoju. Wszystko szło po mojej myśli do póki do drzwi nie zapukali jego koledzy. Skąd to wiem? Jest 22:40, a on nadal ich nie wygonił. Jakieś 20 minut temu napisał, że jakoś ich spławi... Jednak nie za dobrze mu to wychodzi. Siedzę teraz na łóżku i czekam na wiadomość...
Justin: Bree... Błagam pomóż. Nie wiem jak ich kulturalnie wyprosić. Pomocy!
Mam pomysł, ale wiem, że będę musiała za to zapłacić. Miałam nadzieje, że nie zrobię dzisiaj czegoś za co będę musiała się ukarać jednak ta chwila zaraz nadejdzie. Weszłam do garderoby i wyciągnęłam koronkową bieliznę i krótką bluzkę odsłaniającą mój brzuch. Rozpuściłam włosy i pozwoliłam im kaskadami spływać po moich ramionach. Na koniec rzuciłam gdzieś moje buty i lekko, czerwoną szminką podkreśliłam usta.
- Przedstawienie pora zacząć - powiedziałam po cichu do siebie.
Powolnym i seksownym ruchem skierowałam się schodami na dół w stronę salonu, gdzie na kanapach rozsiedli się kumple Justin'a.

*oczami Justina*
Nie wiedziałem już co robić. Miałem taką szanse poznać bliżej Bree, ale musieli przyjść. Uwielbiam spędzać czas z moimi kumplami ale nie dziś! W tej chwili usłyszałem ciche kroki na schodach. Spojrzałem w tamtą stronę, z resztą nie tylko ja, i ujrzałem ją. Była ubrana tylko w czarne koronkowe majtki i bluzeczkę, która odsłaniała jej idealny brzuch. Mój kolega dał mi do zrozumienia, że się obudził, a ja polizałem usta. Bree zmierzała w moją stronę z seksownym spojrzeniem wpatrując się w moje tęczówki. Wszyscy się na nią gapili.
- Kochanie, czekam i czekam, i nie mogę się doczekać... - powiedziała tak cholernie pociągającym głosem i usiadła na moich kolanach okrakiem.
Moje ręce znajdowały się niebezpiecznie blisko jej tyłka i chwila nie uwagi, a znalazły by się jeszcze niżej.
- Stary... My nie mieliśmy pojęcia, że czeka na ciebie... Taka laska... - odezwał się Chris, jeden z moich kumpli. 
- Nie chcę być nie miła, ale chłopcy zostawicie nas samych? - odpowiedziała Bree, ocierając się przez przypadek o moje krocze.
- Oczywiście malutka.. - wszyscy wstali i szybkim krokiem wyszli z mojego domu.
- Nic nie mów tylko iść zaklucz drzwi - powiedziała.
- Ale...
- Nic nie mów!
Podszedłem do drzwi i zrobiłem to co mi kazała.
- Fakt numer trzy: jesteś cholernie odważna - odezwałem się, a ona była już na schodach.
- Zgadza się. Justin możemy przełożyć to oglądanie filmów, jestem zmęczona..
- Ale zrobiłaś to po to..
- Nie.. Chciałeś się od nich uwolnić. Pomogłam ci. Proszę, może jutro?
- Okey - nic już nie powiedziała tylko poszła do góry, a ja obserwowałem jej tyłek - Fakt numer cztery: jesteś cholernie seksowna... - dopowiedziałem gdy miałem już pewność, że tego nie usłyszy. 

*oczami Bree*
Wbiegłam z płaczem do łazienki i szybkim ruchem wyciągnęłam z kosmetyczki żyletkę. Nie dbając o nic zrobiłam trzy kreski. Zgodnie z moją skalą, ten wyczyn był zły na 3pkt/5pkt = 3 kreski. Opatrzyłam rękę, wzięłam szybki prysznic i poszłam spać. By jak najszybciej zapomnieć o dzisiejszym dniu.


~.~
Rozdział drugi, mam nadzieje że wam się spodobał.
Czytasz = skomentuj 
<3

Wiem, że blog jest oparty na samookaleczaniu się. O żyletkach jako najlepszych przyjaciółkach, ale nie chce tutaj mówić, że to pomaga. Bo tak nie jest. Nasza główna bohaterka się może o tym przekonać. Zobaczymy.


czwartek, 11 grudnia 2014

Rozdział pierwszy

Rozdział pierwszy

*oczami Bree*
Właśnie stoję pod drzwiami mojego nowego domu wraz z opiekunką z ośrodka, w którym spędziłam te dwa tygodnie po śmierci rodziców. Tina, bo tak się nazywała, zadzwoniła do drzwi. Już po krótkiej chwili drzwi się otworzyły, a ja ujrzałam swoją ciotkę. 
- Bree! Tak dawno cię nie widziałam słonko - odezwała się ciotka.
Swoją drogą czy ona musiała być tak słodka i podekscytowana?
- Cześć ciociu - odpowiedziałam dość miło.
Ma milszy ton nie umiałam się zdobyć, ale jej to chyba nie przeszkadzało bo mocno mnie przytuliła. Przynajmniej próbowała, ledwo jak mnie dotknęła ja ją odepchnęłam. Nie lubiłam jak nieznajomi mnie dotykają. No dobra to moja ciotka, ale i tak nie znałam jej za dobrze. Jeszcze dodatkowo zaraz pewnie wpadnie tu jej syn i zacznie się ślinić. Jezu... FUJ! To pewnie jakiś napalony kujon, który nigdy nie był tak blisko dziewczyny. 
- Dziękuje pani - ciocia odezwała się do mojej już byłej opiekunki, która pożegnała się i wyszła - Choć, pokaże ci dom. Justin'a jeszcze nie ma, ale powinien niedługo wrócić - oh.. co za szczęście napalony okularnik już nie długo powróci - Tutaj jest kuchnia, na końcu korytarza łazienka i moja sypialnia, a tam jest salon. Teraz góra - weszłyśmy po schodach, a ja wzięłam od razu swoją walizkę - po lewej jest pokój Justina, tam dalej jest biblioteczka z wyjściem na taras, ale wszystkie pokoje są też wyposażone w balkon i osobą łazienkę, a tutaj - wskazała na drzwi po prawej stronie - jest twój pokój. Rozgość się, a ja zawołam cię nie długo na obiad.
- Dobrze ciociu, dziękuje - uśmiechnęłam się z nadzieją, że sobie już pójdzie.
Owszem poszła, ale musiała mnie przytulić. Usiadłam na wielkim łóżku, które znajdowało się na środku pokoju i wzrokiem obejrzałam cały "mój nowy świat". Na przeciwko miałam troje drzwi. Wstałam i otwarłam pierwsze, weszłam do środka. Łazienka. Jest ogromna, na samym środku wielka wanna, w kącie prysznic, parę szafek, wielkie lustro i wszystko w moich ulubionych kolorach - czarno-białe. Zresztą sypialnia była taka sama. Weszłam z powrotem do pokoju i skierowałam się do drugich drzwi. Garderoba. Kilkanaście półek na buty - Boże ciociu nie mam tylu butów - wieszaki na ubrania, a w kącie toaletka. Wszystko znów czarno-białe. Zaczyna mi się to podobać. Wyszłam i skierowałam się na balkon. Wyszłam na zewnątrz i ujrzałam wielki ogród z basenem. Nikt nie raczył mnie powiadomić, że moja ciocia jest bogata. Zostawiłam otwarte okno, bo było tutaj strasznie duszno i weszłam do ostatniego pomieszczenia schowanego za ostatnimi białymi drzwiami. Pierwsze co ujrzałam to wielki biały fortepian - wow, to się nazywa hojność - usiadłam na ławce przed nim i zagrałam kilka przelotnych nutek. Brakowało mi tego. W ośrodku nie mieli fortepianu, ale tego to chyba można się domyślić. Wstałam i podeszłam do ściany, na której było wiele półek i na każdej książki. W oknie,  na parapecie było zrobione siedzisko z kilkoma poduszkami. Zakochałam się w tym pomieszczeniu, wszystko czego potrzebuje do życia w jednym pięknym pokoju. Zresztą myśląc tym krokiem, ciężko będzie mi o tym zapomnieć gdy już nadejdzie na mnie czas. Znów znalazłam się w sypialni, postanowiłam się przebrać i rozpakować. Wszystkie kosmetyki schowałam w łazience, bezpiecznie chowając moje "koleżanki". Ubrania i buty rozłożyłam na półkach, i wieszakach. Ubrałam się w krótkie spodenki i koszulkę na krótki rękaw. Mimo, że było mi strasznie gorąco nie ściągnęłam moich bransoletek. Nigdy praktycznie tego nie robiłam, jedynie gdy się kąpałam. Sama nie chciałam patrzeć na blizny. W dzień starałam się o tym nie myśleć. Zrobiłam wysoką kitkę i usiadłam na łóżku.
*oczami Justin'a*
- Jestem, mamo! - powiedziałem gdy wszedłem do domu.
Wbiegłem na górę i usłyszałem cichutkie słowa dochodzące z pokoju na przeciwko mojego:
- Cześć... - szepnęła dziewczyna siedząca na łóżku.
- Hej - odpowiedziałem i odwróciłem się z zamiarem wejścia do mojego pokoju, ale teraz uświadomiłem sobie, że ktoś siedzi w tamtym pokoju.
I to nie taki ktoś, tylko jakaś laska. Znów się odwróciłem i skinąłem głową. Wszedłem do tamtego pokoju i zamknąłem drzwi.
- A ty to? Błagam odpowiedz coś i powiedz, że to nie moja wyobraźnia, i że tutaj siedzisz - spytałem całkiem zdezorientowany sytuacją.
- Jestem Bree.. - odpowiedziała troszkę pewniej.
- Kurwa... dobrze, już się bałem, że mam jakieś przewidzenia, a teraz powiesz co tutaj robisz?
- Mieszkam? - odpowiedziała pytaniem na moje pytanie.
- Co kurwa robisz? 
- Myślałam... że...
- Że co?
- Twoja mama ci powiedziała.
- No jak widzisz nie... - podrapałem się po karku.
I w tej chwili usłyszeliśmy głos mojej matki z dołu:
- Dzieciaki obiad! Chodźcie na dół!
Wstałem i ruszyłem w stronę schodów.
- Idziesz Bree? - spytałem, a dziewczyna się nie poruszyła - choć! - pociągnąłem ją za rękę, ale ona jak poparzona ją wyrwała. - Co się stało? Choć idziemy na obiad - dziewczyna wstała z łóżka i ruszyła na dół.
- A ty to..? - nagle spytała.
- Haha.. Ty tak serio? - skinęła głową, więc wiedziałem, że mam kontynuować - Jestem Justin.
Jej oczy powiększyły i zeszła szybko po schodach w stronę kuchni, a ja? Ja stałem na tych schodach jak taki tępak i wpatrywałem się w jej tyłek.
*oczami Bree*
Wpadłam do kuchni, lekko zdziwiona. To jest Justin? To jest mój kuzyn? To on?! Usiadłam na wysokim stołku barowym i wpatrywałam się w ciocię.
- Ciociu? - spytałam.
- Tak kochanie?
- Dziękuje za fortepian, ale na prawdę nie musiałaś - powiedziałam w podzięce.
- Bree, chciałam, żebyś chociaż trochę poczuła się jak w domu. 
- Mamo, kiedy miałaś zamiar mi powiedzieć, że ta ślicznotka się do nas wprowadza? - do kuchni wszedł Justin i nalał sobie szklankę wody.
- Po pierwsze Justin, mówiłam ci ale nie słuchałeś, a po drugie ta ślicznotka to twoja kuzynka. - odpowiedziała ciocia, a chłopak wypluł całą wodę do zlewu. - Nie pluj się - zaśmiała się, a ja nie mogła ukryć uśmiechu.
- Moją co? - spytał z nie dowierzaniem.
- Jestem twoją kuzynką - uśmiechnęłam się do niego.
- Nie wierzę... - odpowiedział i usiadł obok mnie.
- To uwierz - znowu odezwała się ciocia.
Zjedliśmy obiad, pomogłam powkładać naczynia do zlewu i miałam zamiar udać się na górę, ale zatrzymał mnie głos cioci.
- Justin, Bree.. muszę wam coś powiedzieć - i ja, i Justin spojrzeliśmy na nią pytająco. - Muszę wyjechać w sprawach służbowych na tydzień. Macie wakacje więc moglibyście normalnie ze mną polecieć, ale tym razem nie możecie. Musicie zostać sami ten tydzień.
- Kiedy wyjeżdżasz? - spytał szatyn.
- Dziś wieczorem..
- Szybko mówisz.. - odpowiedział, a mnie zamurowało.
Miałam zostać sama, na tydzień z chłopakiem w domu.
- Przepraszam dzieciaki, nie mam wyjścia, zostawię wam pieniądze, klucze od domku na plaży. Możecie sobie tam pojechać. Tylko błagam bądźcie rozsądni, żadnych imprez Jus.
- Mamo.. przestań!


Weszłam na górę i skierowałam się do swojego pokoju, Pattie wyjechała jakiś czas temu, a ja teraz aktualnie gram na fortepianie.
- Bree? - usłyszałam pukanie do drzwi od pokoju.
- Proszę! - odpowiedziałam nie przerywając gry.
Justin wszedł i usiadł zaraz obok mnie. Spojrzałam na niego, a on wzrokiem spytał czy może się dołączyć. Skinęłam głową na tak, a on już po chwili grał ze mną.
- Pięknie grasz - powiedział gdy już skończyliśmy.
- Dzięki - usiadłam na "parapecie". - Co cię sprowadza?
- Chciałem pogadać. Lepiej się poznać.
- Będzie problem, bo nie jestem zbyt otwarta.
- Nie zauważyłem - cicho się zaśmiał.
- Może innym razem powiem ci coś o sobie.
- Okey.. Rozumiem..
- Dzięki, ale ty możesz mi coś powiedzieć o sobie!
- Nie.. poznamy się razem. To co chcesz robić jutro?
- Szczerze nie mam pojęcia.
- Może chcesz poznać miasto? Miami jest piękne.
- Jasne.. czemu nie?
Uśmiechnęłam się do niego, co szybko odwzajemnił.

~.~
Witam was! Mamy pierwszy rozdział! I nowego bohatera.

Pattie Mallette - ma trzydzieści dziewięć lat, mama Justin'a i ciotka Bree.


Pozdrawiam. N.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

PROLOG I BOHATEROWIE

Prolog

Co teraz robię?
Siedzę. Siedzę na kafelkach. Siedzę na kafelkach w łazience. Siedzę na kafelkach w łazience, a w jednej dłoni trzymam żyletkę. To nie pierwszy raz. Ani nie drugi. Robię to już chyba setny raz. Tak trudno znaleźć jeszcze zdrową skórę, na której już nie długo powstanie nowa blizna.
Po co to robię?
Bo muszę. Muszę się ukarać. Nie mogę z tym żyć. Nie potrafię. Kiedyś zrobię to tak głęboko, że nie będzie już dla mnie ratunku. Ale na razie nie jestem jeszcze na to gotowa. Lecz wiem, że już nie długo nadejdzie ten moment.
Dlaczego to robię?
Mam swoje powody, i tyle powinno wam na razie wystarczyć.

Bohaterowie

Bree Johnson – szesnastoletnia dziewczyna, wiele przeszła, ma zamieszkać z ciotką i jej synem. Jej rodzice umarli w wypadku samochodowym dwa miesiące temu, od tego czasu samookalecza się. Jest zamkniętą w sobie, ale odważną i bardzo ładną nastolatką z trudnym charakterem i niesamowitym talentem.



Justin Bieber - dziewiętnastolatek, pewny siebie, zna swoją wartość, którą często podwyższa. Ma problemy z narkotykami. Justin lubi imprezować i zmienia dziewczyny jak rękawiczki. Mieszka ze swoją matką.




~.~
Reszta bohaterów w opowiadaniu będzie się pojawiać pod rozdziałami. Mam nadzieje, że wam się spodoba! Jeśli czytasz - skomentuj! To dla ciebie kilka sekund, a dla mnie zachęcenie do pisania :)