piątek, 12 czerwca 2015

Rozdział dwudziesty-drugi

Rozdział dwudziesty-drugi

Wstałam rano z bólem głowy, nigdy przedtem nie czułam się tak źle. Gdy siedziałam na łóżku, a obok mnie leżał nagi Justin wszystko powoli do mnie docierało. Przypominały mi się poszczególne momenty poprzedniej nocy. Nie chcąc budzić chłopaka, nie zabrałam pościeli i szybkim krokiem ruszyłam do łazienki. Odkręciłam wodę pod prysznicem i podeszłam do lustra. Jakimś cudem miałam dwa siniaki na pupie i strasznie bolała mnie miednica. Nie pomagało pulsowanie w głowie. Pod oczami miałam worki, zapewne nie poszliśmy szybko spać. Nie musiałam się rozbierać więc szybko weszłam pod strumień ciepłej wody i relaksując się sięgnęłam po gąbkę i żel. Nalałam parę kropel jagodowego płynu i zaczęłam czyścić skórę. Znów wpatrywałam się w poprzecinane ręce i 8 dziurek po heroinie, którą podawał mi Ethan. Dałam radę i nie kontynuowałam brania tego świństwa, a to dzięki Justinowi. Jednak moje przemyślenia przerwało nowe nakłucie na prawej ręce. Wtedy uświadomiłam sobie, że całą noc byłam pod wpływem. Znów w mojej krwi pływał narkotyk. Tylko tym razem sama go wzięłam, sama go kupiłam. Przypomniało mi się. Potem poszło już jakby ktoś nagle pokazał mi film z całego wieczoru. 
*flashback*
- Idę do toalety, chłopcy - powiedziałam do nich i ruszyłam w stronę wskazaną mi przez barmana. Siedzieliśmy tu już od jakiś dwóch godzin, wlałam w siebie kilka drinków, a ani razu nie byłam w toalecie. Gdy szłam przy wejściu do męskiego słyszałam jęki jakieś dziewczyny i mocne uderzenia w drzwi. Widocznie dobrze się bawili. Gdy byłam już w damskim, przejrzałam się w lustrze i weszłam do kabiny. Gdy załatwiłam swoje potrzeby i wyszłam zobaczyłam rudą dziewczynę chyba w wieku Justina. Miała ręce całe w tatuażach, a jej czerwona sukienka świetnie do niej pasowała. Wyglądała jak typowa mieszkanka Los Angeles, tutaj większość młodych ludzi nosi kolczyki w wardze czy nosie, tatuaże są wszędzie, a włosy zawsze nie naturalnie idealne. Uśmiechnęłam się do niej i zaczęłam myć dłonie. 
- Chcesz działkę? Widzę, że coś nie w sosie jesteś - zaśmiała się. - To ci pomoże się zrelaksować, zresztą to nie twój pierwszy raz, co będę ci opowiadać. 
Moja mina zapewne wyglądała na prawdę dziwnie. Byłam zdezorientowana, bo skąd ta dziewczyna wie, że to nie jest mój pierwszy raz.
- Mam na imię Leah, a wiem, że nie jesteś nowicjuszką po śladach. Puder może trochę zasłonił te cięcia, ale wkłuć nic nie zakryje tak by doświadczona osoba ich nie ujrzała.
Odpowiedziała mi na nie zadane pytania. Tak jakby czytała w myślach. Wiedziałam, że jej propozycja jest nie właściwa, że nie powinnam się zgodzić, ale mój organizm domagał się heroiny.
- Jestem Bree... I chyba podziękuje - opłukałam dłonie z mydła i podeszłam do suszarki.
- Jak chcesz, 80$ za gram to nie dużo, a tyle proponuje. Plus 20$ za strzykawkę i pomocną dłoń  - zaśmiała się i chciała wyjść.
- Poczekaj - na jej twarzy pojawił się uśmiech. - Nigdy sama nie wkuwałam sobie... Byłam do tego zmuszana, a nawet ktoś robił to bez mojej zgody. Nie mam pojęcia jak to się robi, a potrzebuje tego od bardzo dawna...
- Spokojnie mała, widzę, że nie doświadczona gąska mi się trafiła. 
Wyjęła z torebki sreberko i strzykawkę. Podałam jej 100 dolarów, a ona odwinęła papierek, a ja ujrzałam biały proszek. Nasypała go do strzykawki i zalała wodą.
- Pamiętaj tylko tyle wody by się rozpuściło, nie może być za rzadkie - mruknęła w moją stronę. 
Odwinęła igłę z papierka i kazała podać sobie rękę. Klepnęła miejsce w zgięciu i pojawiła się tam żyła. Pokiwałam jej głową na znak, że ma to zrobić. Gdy wbijała igłę przypomniał mi się Ethan, ale szybko o nim zapomniałam gdy poczułam rozkosz przepełniającą moje ciało. Stanowczo Ethan miał małe porcje, tak jak powiedział.
- To dobry towar, więc ma swoją cenę. Jakbyś chciała więcej, na co liczę tutaj masz mój numer - podała mi różową karteczkę z jakimś ciągiem cyfr i podpisem 'Leah', następnie puściła mi oczko i wyszła.
Usiadłam na kafelkach pod ścianą i uświadomiłam sobie, że sama doprowadziłam do uzależnienia swojego organizmu. To nie były papierosy czy alkohol, to była heroina. 
*end of flashback*
Moje przemyślenia przerwało pukanie do drzwi, Justin chciał wejść do łazienki, a ja nadal stałam pod prysznicem. Spłukałam piane z ciała i owinięta ręcznikiem wyszłam z pomieszczenia.
- Przepraszam, że tak długo ale zamyśliłam się - powiedziałam, a on przywitał mnie soczystym pocałunkiem w usta. 
Nie byłam zdziwiona, w końcu wczoraj się kochaliśmy. Chciał okazać mi szacunek, byłam mu za to wdzięczna, ale czułam się źle. Czułam odrazę z powodu naszego zachowania. Nie powinniśmy tego robić, a ja nie powinnam go okłamywać. Niedługo dowie się o co chodzi, a teraz wiem, że nie tylko jego to zaboli. 
Uśmiechnęłam się do szatyna, który wszedł do łazienki. Zrzuciłam biały puszysty ręcznik i sięgnęłam do torby po bieliznę. Gdy ubrałam biały koronkowy stanik i figi wygrałam biały crop-top i czarne jeansowe spodenki. Usiadłam na łóżku i chciałam przypomnieć sobie resztę wczorajszego wieczoru.
*flashback*
Gdy wróciłam do stolika zastałam samego Justina. Usiadłam mu na kolanach i po prostu się przytulam. Był troszkę zdziwiony, ale szybko odwzajemnił ten gest. Po chwili wrócił Christian z jakąś dziewczyną. Przywitała się z nami, ale ja nie odwróciłam się od razu. Dopiero po chwili zareagowałam, gdy Justin się odezwał:
- Jestem przyjacielem Christiana, Justin, a to moja dziewczyna Bree - skinął na mnie, a ja zeszłam z jego kolan i usiadłam obok.
- Rosalie, miło was poznać.
- Ciebie też, siadaj śmiało. Będę miała z kim porozmawiać o normalnych tematach - zaśmiałam się, udając zwykłą dziewczynę.
Wiedziałam, że Christian znalazł sobie przygodę na tę noc, ale mogłam się przecież mylić i gdy rano wstanę zobaczę ją w kuchni robiącą pyszne śniadanie, a na tym się nie skończy. Może gdy będę wracać do Miami ona będzie jego dziewczyną.
Zaśmiałam się na swoje wielkie plany względem życia chłopaka. Zwróciłam się do Rosie i rozmawiałyśmy o typowych damskich sprawach. Potem moja pamięć nie była już taka dobra, wypiłam więcej alkoholu i jedyne co jeszcze pamiętam to wyjście z klubu, dojazd taksówką do apartamentu... i seks z Justinem.
*end of flashback*

~.~
Jesteście?
Kochani został jeszcze epilog, takie były moje zamysły przy tworzeniu tego bloga i tak się skończy. Chyba, że będziecie zainteresowani drugą częścią. Przyznaje, że pomysłów jest więcej niż na początku. Czekam na wasz odzew.


Dziękuje i pozdrawiam!





















piątek, 22 maja 2015

Rozdział dwudziesty-pierwszy

Rozdział dwudziesty-pierwszy 

Justin nic nie powiedział tylko szedł dalej, nic nie rozumiałam. Zachowywał się tak jak nigdy dotąd. Tak jakby mu coś odbiło.
- Halo?! Zadałam ci pytanie! - krzyknęłam na niego i chwyciłam za bark.
- Nic! Powiedziałem, że długo cię nie było i zaczynałem się martwić.
Na jego twarzy pojawił się grymas, który wskazywał, że czegoś mi nie mówi. Może nie znam go za długo, ale poznałam to w jego oczach. Jeszcze nie wiem co ukrywa, ale dowiem się na pewno, i do tego teraz. 
- Yhmm.. Już ci wierzę.. Justin o co chodzi? Powiedz mi prawdę! 
Chwilę stał i zastanawiał się co mi powiedzieć, a ja go tylko ponaglałam.
- Ten gościu, był jakiś dziwny...
- Will? To normalny facet, tylko gadaliśmy.. - chciałam kontynuować kiedy doszło do mnie o co tak na prawdę chodzi. - Chwileczkę, ty jesteś zazdrosny?!
Szatyn szybko zaprzeczył, ale doskonale wiedziałam jaka jest prawda. Zaśmiałam się i nie mogłam ukryć uśmiechu. Pierwszy raz ktoś był o mnie zazdrosny. 
- Jesteś zazdrosny - stwierdziłam z śmiechem w głosie.
- Dobra! Jestem! - przyznał wreszcie. - Nie dziw mi się. Ten koleś zjadał cię żywcem. Nie patrzył na twoje oczy przy rozmowie tylko w twoje cycki.
- Bo to fajne cycki - zaśmiałam się.
- Zgadzam się, ale to nie o tym rozmawiamy! 
- Nie masz czym się przejmować! Niech sobie patrzy! Nic na to nie poradzę, jesteśmy na plaży - podeszłam do niego i przytuliłam.
- Nikt nie będzie patrzył na moją dziewczynę, tak jak tylko ja mogę... - powiedział głosem 'zbitego pieska', a ja wybuchłam śmiechem. Był taki kochany. 
- Dziękuje - powiedziałam i pocałowałam go mocno w usta.
- Za co? Za tą chorą akcje?
- Owszem, nikt nigdy nie był o mnie zazdrosny. To kochane, że to zrobiłeś, ale niech taka sytuacja się więcej nie powtórzy, bo wychodzę na debilkę z chłopakiem idiotą. Następnym razem kiedy poczujesz ochotę przywalenia komuś, bo na mnie patrzy zrób coś innego. Dobrze?
- Oczywiście. Czuje skruchę i postanawiam poprawę - wybuchnęliśmy śmiechem, a Justin wykorzystując sytuacje chwycił mnie i przerzucił na plecy. 
- Przestań, głupku! - krzyczałam i piszczałam. - Ludzie tutaj są i patrzą, debilu!
- Niech patrzą i wiedzą, że jesteś moja i tylko moja!
Znów się zaśmiałam i wiedziałam, że już nic nie poradzę. Justin zaniósł mnie tak na sam ręcznik, a blisko nie było. Mimo, że kilka razy mówiłam, że jestem ciężka i ma mnie postawić on protestował.

*wieczór*
Christian zaraz po tym jak zamówiliśmy jedzenie po powrocie z plaży zaproponował wyjście do klubu. Stwierdziliśmy, że pójdziemy po zjedzeniu chińszczyzny, ale dlatego, że dostawa się spóźniała postanowiłam wziąć prysznic i przygotować sobie ubranie. Gdy już się wykąpałam do łazienki poszedł Justin, ale przed tym powiedział mi, że bardzo chciałby zobaczyć mnie w dziewczęcym wydaniu. Dostał za to ode mnie, ale w sumie miał racje. Zawsze nosiłam spodenki, bluzkę za dużo o dwa rozmiary, albo crop-top. Widocznie miał swoje potrzeby chłopak. Wybuchłam śmiechem na to o czym myślę. Powiedziałam mu jeszcze przez drzwi od łazienki, żeby nie żałował swoich słów i nie był znów zazdrosny. Uszykowałam sobie ubranie i schowałam je pod pościelą. Buty troszkę wystawały, ale wyglądało to śmiesznie więc postanowiłam tak zostawić. Gdy Justin wyszedł po kąpieli w samym ręczniku owiniętym wokół bioder, nie powiem, że nie zrobiło mi się gorąco. Szybko odsunęłam te myśli, gdy chłopak zabrał bokserki i znów zniknął za drzwiami pomieszczenia. Usłyszałam jak Christian krzyczy z kuchni, że jedzenie już jest. W koszulce Justina i majtkach wyszłam z pokoju. Usiadłam i razem z chłopakiem zajadaliśmy się chińszczyzną. Po krótkiej chwili dołączył do nas szatyn ubrany w zwykłe czarne jeansy i białą opinającą się na jego klatce bluzkę. Włosy jak zwykle ułożył ku górze, a jego perfumy były nieziemskie. Po zjedzeniu szybko pobiegłam się ubrać i przygotować. Pomalowałam się dość mocno, jak nigdy. Ma być w końcu dziewczęco. Na oczach miałam mocne czarne kreski i krwistoczerwoną szminkę na ustach. Włosy upięłam w wysoką kitkę. Ubrałam wcześniej uszykowany komplet. Paznokcie jak zawsze miałam pomalowane na czarno, także idealnie dopasowały się do gorsetu. Gdy byłam gotowa wyszłam z sypialni i skierowałam się do salonu, w którym siedzieli gotowi chłopcy i oglądali mecz. Wykorzystałam to, że byli zajęci i nalałam do trzech kieliszków czerwonego wina, na dobry początek nocy. W końcu niedługo wracam do szkoły, a oni idą na studia. 
- Wypijecie ze mną toast? - zapytałam, zwracając na siebie przy tym uwagę.
Justin spojrzawszy na mnie wstał i usiadł. Dosłownie. Chciał coś powiedzieć, ale zabrakło mu mowy. Za to Christian nie krył zdziwienia i cały czas paplał:
- Nie no wiedziałem, że ona jest ładna, ale taka kobieca? Co się z nią stało. Gdzie jest Bree i co z nią zrobiłaś?!
Podeszli do mnie i chwycili za kieliszki, z ust "mojego chłopaka" uciekło ciche 'wow'. Zaśmiałam się pod nosem i podniosłam swój kieliszek.
- Chciałabym wam bardzo podziękować za zaproszenie mnie do was, do Los Angeles, w te ostatnie dni waszej wolności, jak i mojej. Mimo że niedługo idziecie do collegu i zapewne chcielibyście być sami i robić różne dziwne i niedozwolone rzeczy, to zabraliście mnie ze sobą. Chciałabym wznieść toast za ciebie Christian, żeby świetnie poszło ci na studiach tak jak tobie Justin, ale przede wszystkim... Wznoszę toast za dzisiejszą noc. By była jedną z naszych najlepszych nocy w życiu, żebyście kupili mi czasem alkohol, bo nikt nie chcę mi tutaj go sprzedać, oraz byście się świetnie bawili. Jakkolwiek. Justin jednak pamiętaj, że nadal jesteśmy razem i wkurwisz mnie jak mnie zdradzisz - chłopacy parsknęli śmiechem, jednak mi nie było do śmiechu, mówiłam poważnie, ale musiałam kłamać, o naszym związku, no bo co to za związek. - Ty Christian postaraj się nie drzeć się całą noc z rozkoszy, i takie tam. A teraz, stuknijmy się w końcu tymi kieliszkami!
Wyszliśmy z apartamentu i wyszliśmy na tłoczną ulice LA. Skierowaliśmy się na postój taksówek, która zawiozła nas do klubu znalezionego w internecie przez Justina.
Szykuje się świetna noc.


~.~
Nie odeszliście? Nadal jesteście? Dziękuje jeżeli to przeczytałeś!
Skomentujesz?



Troszkę mniej tym razem
16 KOM=NOWY ROZDZIAŁ 

Kocham i jeszcze raz przepraszam że tak długo czekaliście !














czwartek, 21 maja 2015

Przepraszam!

Chciałabym was serdecznie przeprosić, że nie dodaje rozdziału, ale to ponad moje siły. Mam strasznie dużo nauki i trochę rzeczy do nadrobienia mi się uzbierało. Obiecuje dodać rozdział już jutro! Pojawi sie na 100%! Jeżeli macie jakieś pytania o rozdziały, czegoś nie wiecie, nie rozumiecie to piszcie w komentarzach lub na maila a ja wam odpowiem.
Email: werczita1207@gmail.com
Bardzo bede sie cieszyć jezeli zadacie jakies pytania o bloga, opowiadanie czy nawet o mnie :) 
Pozdrawiam was i jeszcze raz przepraszam! 
Kocham was i do jutra!




wtorek, 5 maja 2015

Rozdział dwudziesty

 Rozdział dwudziesty

Obawiałam się tego pytania. Gdy je zadał poczułam jak moje oczy się zaszkliły, ale muszę być silna. Nie mam wyjścia.
- Pewnego dnia... Mieli mnie odebrać ze szkoły i razem pojechać do... Nie pamiętam dokładnie gdzie... Albo do domku letniskowego, albo w góry. Wcześniej już się spakowałam. Mieli tylko włożyć torby do bagażnika i przyjechać. Mama wysłała mi SMS, że będą za 10 minut kiedy rozmawiałam z koleżanką, z którą miałam biologie. To był środek czerwca, a my po weekendzie miałyśmy przedstawiać projekt. Czekałam ponad godzinę. Postanowiłam pójść w tą stronę, z której powinni przyjechać... Doszłam do zakrętu, a na zakręcie zobaczyłam samochód mojego taty, ciężarówkę i karetkę, odjeżdżającą karetkę. Samochód mojego taty był cały zgnieciony, ale wyganiałam te chore myśli z mojej głowy. Podeszłam do policjanta, a on... On powiedział, że... Że moja mama umarła na miejscu, a tata walczy o życie... Pojechałam taksówką do szpitala, a tam powiedzieli, że nie żyje - gdy skończyłam opowiadać czułam jak po moich policzkach spływają łzy, ale poczułam też ciało przytulające się do mnie.
- Wszystko słyszałem - powiedział Justin i mocno mnie przytulił, a co najważniejsze nie puszczał. - Nie płacz, aniołku.
W tym momencie wybuchnęłam płaczem. Nie mogę, nie potrafię tak bardzo go zranić, choć nie mam wyjścia. I mimo, że będę musiała powiedzieć mu prawdę za ponad tydzień i nie wiem jak zareaguje to wiem, że poniosę za to wielką karę. Moja skóra ją poniesie. Christian gdzieś się ulotnił, za co byłam mu wdzięczna, a Justin nadal mnie przytulał. Pewnie wszyscy ludzie dookoła widzą nas jako szczęśliwą parę, przytulającą się, bez problemów. Przecież Justin leży na moich plecach i mocno mnie trzyma. A tak na prawdę jest całkiem inaczej. Ja płacze bo niedługo będę musiała zranić chłopaka, na którym mi zależy, a on, mój kuzyn? Jemu zależy równo co mnie, jak nie mocniej. Ma nadzieję, że wszystko się ułoży. Że będziemy szczęśliwi. Że nikt nie dowie się prawdy. 
- Dziękuje Justin - wreszcie odpowiedziałam - mam ochotę się przejść. Idziesz? 
- Na pewno wszystko jest dobrze?
- Nic nigdy nie będzie dobrze. Pamiętaj - powiedziałam ze smutkiem. - To co idziesz?
- Nie mała, Christian zaraz przyniesie coś do picia, poczekam na niego. Uważaj na siebie, aniołku.
Przytaknęłam i ruszyłam w stronę oceanu. Uwielbiałam jego zapach i kolor. Śliczny jasnoniebieski. Zanurzyłam stopy w wodzie i szłam brzegiem morza z okularami przeciwsłonecznymi na nosie. Wszędzie biegali szczęśliwi ludzie, zamarzyłam sobie znaleźć się kiedyś w takim tłumie. Dwie dziewczyny grały w siatkówkę zanurzone po brzuch. Ich, zapewne, chłopacy oblewali je wodą. Szłam bez konkretnego celu, aż doszłam do baru. Usiadłam na krześle i chciałam zamówić Margherite, ale barman spytał czy mam ukończone 18 lat. Wtedy musiałam pokazać dowód, który miałam w torebce i który i tak mówił, że jestem młodsza.
- Dla mnie będzie Magherita w takim razie i Daiguiri - powiedział mężczyzna stojący obok mnie. Wstałam i chciałam odejść, pójść poprosić Justina, żeby kupił mi drinka. - Czekaj piękna, nie lubię Margherity, a ty widocznie miałaś na nią ochotę.
Poczułam odrazę. Przypomniał mi się Ethan, to jak uciekałam z jego domu. Mimo odrazy do niego, poczułam też ochotę na narkotyk, który mi podawał. Jedynym wyjściem by o tym zapomnieć było zostać tu i wypić alkohol.
- Dziękuje - odpowiedziałam, z powrotem siadając - oddam Ci pieniądze.
- Nie trzeba, jestem Will, a ty jesteś?
- Bree.
Barman podał nam zamówienie, a ja znów podziękowałam Willowi.
- To Bree... Mieszkasz w LA? Czy przyjechałaś na wakacje?
- Przyjechałam z moim chłopakiem - nie będę owijać, jeszcze sobie za dużo pomyśli, chociaż Ethanowi nie przeszkadzało to w planach. - Będzie tutaj studiować.
- W ty chyba jesteś za młoda na studia. Ile masz lat?
Już miałam dość. Nienawidzę odpowiadać na pytania o sobie.
- Prawie siedemnaście... A ty? Co robisz w Los Angeles?
- Pracuje, w zasadzie mam własną firmę - spojrzał na mój kieliszek - zamówić ci jeszcze jedną?
- Poproszę - zamówił nam następne drinki, a ja nie chcąc odpowiadać na kolejne pytania, ciągnęłam rozmowę. - Co to za firma? Jeśli mogę spytać.
- Ależ oczywiście! Przecież rozmawiamy. Zajmuje się nieruchomościami. 
- Jakoś nie ciągnie mnie do tej kategorii zajęć - zaśmiał się na moją odpowiedź, a ja z uśmiechem wypiłam kolejne łyki Margharity. Nagle ktoś przytulił się do mnie, do moich pleców. Odwróciłam się i ujrzałam Justina.
- Witaj kochanie, szukałem cię. Znikłaś na długo - powiedział, a w jego oczach zobaczyłam nie znaną mi dotychczas emocje. Uczucie, które z jednej strony mnie ucieszyło, a z drugiej wiedziałam, że nie wróży nic dobrego. 
- Zagadaliśmy się - odpowiedział Will, a w oczach Justina widoczna była złość. Nie powinien tego mówić, z pewnością nie powinien. Justin zacisnął mocno szczękę, w jego oczach była złość, której jeszcze nigdy nie widziałam. Najgorsze było to, że nie miałam pojęcia dlaczego. 
- Długo cię nie było, zaczynałem się martwić - powiedział szatyn.
- Powiedziałam ci, że idę się przejść - uśmiechnęłam się chcąc chociaż trochę rozładować atmosferę. Justin chwycił mnie za ramię.
- My już pójdziemy, prawda mała? - spojrzałam na niego zdziwiona, nadal nie rozumiałam co tu się dzieje. Justin pociągnął mnie, nawet nie pozwolił mi dopić drinka. Co dopiero pożegnać się. 
- Dziękuje jeszcze raz, Will! - krzyknęłam.
- Nie ma za co, miło było cię poznać - odpowiedział.
Szatyn ciągnął mnie nadal za ramię i wcale się nie odzywał. Złość poprostu z niego kipiała. 
- Aua.. - moje ramię zaczynało strasznie boleć, więc wyrwałam je z uścisku. - Możesz mi powiedzieć co ty odpierdalasz?! 


~.~
Witam was po troszkę długiej przerwie. Nie miałam weny! Nie miałam czasu! NAUKA i ogl....
Rozdział do dupy :/ Przepraszam
Następny będzie szybciej obiecuje!!




Pod ostatnim rozdziałem dziękowałam za 5 tyś wyświetleń, a teraz mam zaszczyt dziękować za 6 tysięcy!! Jesteście niemożliwi!
Kocham i pozdrawiam!!

17 KOM = NOWY ROZDZIAŁ!

czwartek, 23 kwietnia 2015

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dziewiętnasty 

*oczami Bree*
Rozebrałam się i szybko wskoczyłam pod prysznic. Gdy strumień ciepłej wody spłynął po moim ciele poczułam odprężenie. Umyłam resztki krwi z rąk, która została pod bandażami. Ostatni raz zrobiłam to w dzień wyjazdu. Blizny są dość czerwone, w końcu można powiedzieć, że są świeże. Jednak nie będę się tym przejmować, postanowiłam, że nie ubiorę żadnej bransoletki. Dam odpocząć ręką. Idę na plaże i nie mam zamiaru mieć opalonych kreseczek przez nie. Po drugie nikt mnie tutaj nie zna, a Justin i Christian wiedzą. Może Christian jeszcze nie widział, ale kiedyś musi zobaczyć. Gdy już się wykąpałam, wyszłam z kabiny i owinęłam się białym puszystym ręcznikiem. Wytarłam swoje ciało i ubrałam swój czarny strój kąpielowy. Wysuszyłam swoje włosy, które naturalnie są proste i związałam je w kok. Wiedziałam, że na plaży było by mi za ciepło gdybym zostawiła je rozpuszczone. Wyszłam z łazienki i zawołałam Justina, który po chwili stał przede mną w samych spodniach, swoją drogą nosił je stanowczo za nisko. Będę musiała z nim o tym porozmawiać. 


*oczami Justina*
Usłyszałem głos Bree wołający mnie bym przyszedł. Za chwilę byłem już w sypialni onieśmielony wyglądem dziewczyny. Wyglądała niesamowicie seksownie. Wszystko szpeciły blizny na udzie i rękach, szpeciły? Nie po prostu mi przeszkadzały. Nie podobały, nie chciałem, żeby to robiła, a najbardziej bolały mnie te które zrobiła z mojego powodu.
- Jak wyglądam? - zapytała, przechadzając się po pokoju udając modelkę, którą mogłaby zostać.
- Yyy.. yy..- nie wiedziałem co powiedzieć.
- Widzę, że odebrało ci mowę? Efekt zamierzony - zaśmiała się i podeszła do mnie. Pocałowała w usta, a ja czułem jak uśmiecha się przez pocałunek.
- Cieszę się, że przyjechałaś.. 
- Ja też, mimo że na początku nie byłam zbyt chętna - zauważyłem, że coś jest nie tak, ale nie chciałem drążyć. Ruszyłem w stronę łazienki kiedy Bree pociągnęła mnie za rękę.
- Justin czy mocno widać moje przyjaciółki? - zapytała.
- Jakie przyjaciółki? - odpowiedziałem zdezorientowany, nie miałem pojęcia o czym mówi.
- Blizny, kochanie - moje oczy powiększyły się zapewne do nienaturalnych rozmiarów - Justin?
- To twoje przyjaciółki? Twoje blizny nazywasz przyjaciółkami?
- Tak jakoś kiedyś wyszło... Odpowiesz mi?
- Widać... Przykro mi.
- Nie ważne, po prostu chciałam wiedzieć. To nie istotne, nie może ci być przykro? Niby dlaczego? Przecież ja je lubię, nie przeszkadzają mi - z każdym wypowiedzianym przez nią słowem robiło mi się jeszcze bardziej przykro. - One kiedyś mnie uwolnią z tego świata, może nie one. Żyletki, to bardziej moje przyjaciółki, ale blizny też nimi są. 
- Proszę skończ. Nigdzie się nie wybierasz.
- Na razie nie, jeszcze nie - pocałowała mnie w policzek. - Uszykuj się na plaże, bo idziesz? - i wyszła z pokoju chwytając czarno-czerwoną koszule w kratę i krótkie jeansowe spodenki. 

*oczami Bree*
Wyszłam z pokoju i czułam jak łzy zbierają mi się w oczach. Opanowałam je i zarzuciłam koszule i spodenki na siebie. Zapinając guziki weszłam do kuchni gdzie Christian wpatrywał się w lodówkę.
- Co tak patrzysz w tą lodówkę? Jak chcesz coś wziąć to masz moje pozwolenie - zaśmiałam się i omijając go wyciągnęłam butelkę wody. 
- Bardzo śmieszne, świetna koszula, mam taką samą - uderzyłam go w ramię, a on się zaśmiał.
- Idziesz z nami na plaże? - zapytałam.
- W sumie, czemu nie? - odpowiedział i w końcu zamknął drzwi lodówki.
- Tak o patrzyłeś co jest? Tak, to zupełnie normalne - znów się zaśmiałam. - Dobra, nie ważne. Jak idziesz to proszę, żebyś nie wpatrywał się w moje blizny jakbyś zobaczył ducha. Wystarczy mi, że ludzie będą się patrzeć jak na debilkę.
- Nie przejmuj się... - uśmiechnął się - Nie będę, obiecuje - Podniósł dwa palce, a drugą rękę położył na serce, i znowu wybuchłam śmiechem. Chłopak ominął mnie i skierował się, jak mniemam do wybranego przez siebie pokoju. Postanowiłam uszykować torebkę na plaże. Wyciągnęłam czarną torbę-siatkę w białe wzorki i włożyłam do niej ręcznik, butelkę wody, książkę, mp3, słuchawki, telefon i portfel z drobniakami na jakąś przekąskę. Gotowa założyłam czarne japonki i okulary na nos. Usiadłam na kanapie popijając wodę i słuchając muzyki wypływającej z głośników w całym apartamencie. Po 30 minutach chłopacy byli gotowi i wychodząc z budynku kierowaliśmy się chodnikiem w stronę oceanu. Po drodze było pełno budek z jedzeniem, piciem, bary, kluby, które o tej godzinie są jeszcze zamknięte. Gdy weszliśmy na piasek trudno było znaleźć wolne miejsce, ale po 20 minutowych poszukiwaniach spokojnie rozwinęłam ręcznik i ściągnęłam ubrania, z których zrobiłam poduszkę pod głowę. Japonki rzuciłam obok torebki i położyłam się na przygotowanym miejscu. Tak jak przypuszczałam, 'gapie' już patrzyli na moje ręce. Christian na szczęście tak jak obiecał nie wpatrywał się w blizny. Tylko zerknął, ale nie dziwie mu się. Sama na jego miejscu bym popatrzyła. W końcu nie codziennie widzi się dziewczynę z pozoru normalną z tak pociętymi rękoma. Chłopcy również położyli się obok, a Justin oznajmił nam, że idzie do wody. Uśmiechem odpowiedziałam mu, że ja pójdę później i odwróciłam się na brzuch. Miałam okazje wypytać Christiana o jego przyjaciela. Gdy szatyn zniknął z mojego pola widzenia powiedziałam do chłopaka:
- Co robimy? Może w coś zagramy?
- A w co chcesz? Siatka odpada bo nie mamy piłki...
- W 10 pytań - przerwałam mu. - Pytania mogą być o wszystko, wszystkich, co cie tylko ciekawi - z jednej strony bałam się jego pytań, ale chciałam wyciągnąć od niego coś o "moim chłopaku".
- Okey, może być - usłyszałam w jego głosie lekkie zdezorientowanie. 
- Zaczynaj!
- Hmm... Kiedy masz urodziny? - zaśmiałam się na jego pytanie.
- To cię tak ciekawi? - znów wybuchłam śmiechem. - Niech ci będzie. 19 stycznia mam 17 urodziny. 
- Nie wiedziałem jakie pytanie zadać.
- Nie krępuj się. Pytaj o co chcesz - uśmiechnęłam się. - Okey, teraz ja. Na jakie idziesz studia? - postanowiłam najpierw spytać o niego, potem o Justina.
- Prawo, i tak wiem nie pasuje to do mnie.
- Wow, nie sądziłam. Pasuje to do ciebie! Nawet bardzo. Na serio!
- Mam pytanie, ale boje się, że jest nieodpowiednie.
- Dajesz! - poczułam skurcz w żołądku, czy spyta o rodziców?
- Jak zginęli twoi rodzice? - no i spytał, a z moich oczu niekontrolowanie wypłynęła pojedyncza łza.


~.~
Przepraszam, że tak długo nic się nie pojawiło, ale miałam strasznie dużo nauki.
Przepraszam i mam nadzieje, że jesteście ze mną.
Podobało się?

BARDZO DZIĘKUJE ZA PONAD 5 TYŚ WYŚWIETLEŃ! 
JESTEŚCIE KOCHANI!



15 KOM=NOWY ROZDZIAŁ
Kocham i pozdrawiam :)

sobota, 18 kwietnia 2015

Rozdział osiemnasty

Rozdział osiemnasty 

*oczami Justina*
- To tutaj - powiedziała Bree, gdy zatrzymałem się pod piętrowym drewnianym domkiem, za którym znajdowało się jezioro.
Wysiadła z samochodu, lekko trzaskając drzwiami przy zamykaniu. Zrobiłem to zaraz za nią. Gdy podszedłem do niej objąłem ją od tyłu i położyłem głowę na jej ramieniu. Gdy pocałowałem ją w policzek, poczułem wilgoć na jej skórze. Płakała. Nie zdążyłem spytać dlaczego, ponieważ piła się w moje wargi jak nigdy. Odwróciła się w moją stronę i wskoczyła na moje ręce. Trzymałem ją za biodra. Nie miałem pojęcia co się dzieje, ale nie przeszkadzało mi to ani trochę. Po chwili usłyszałem dźwięk samochodu hamującego na żwirze, z którego była wykonana droga do domku. 
- Dobra kochani, może idźcie do środka? - zaśmiał się Christian.
Bree lekko odsunęła się ode mnie, ale nadal trzymałem ją na rękach. To w niej lubiłem, była strasznie odważna i nie wstydziła się. Oczywiście jest dużo innych powodów, to tylko jeden z nich. Z jej oczu nie kapały już łzy, a ostatnie, które zostały na policzkach wytarłem kciukiem. Na jej twarzy pozostał tylko nieziemski uśmiech, za który zabił by się nie jeden.
- Chłopcy musicie się przespać, sądzę, że powinniśmy wieczorem wyjechać. Nie mam ochoty tak długo siedzieć w samochodzie! - musnęła moje usta i zeskoczyła z moich rąk.
Podeszła do drzwi, uklękła obok doniczki i wyjęła spod spodu kluczyk. Otwarła drzwi domu i zaprosiła nas do środka. Wnętrze było urządzone z niesamowitym gustem, zapewne jest za nie odpowiedzialna mama Bree. Moja ciocia, ale wole mówić, mama Bree. Nie czuje się wtedy jak skończony dupek, sypiający ze swoją kuzynką.
- Ładnie tutaj - powiedział Christian - Słuchaj Bree, myślę, że to dobry pomysł, żeby jechać w nocy. Są mniejsze korki, szybciej będziemy na miejscu, szybciej pójdziemy na plaże i szybciej będę mieć okazję wyrwać jakąś dupę, bo wydaje mi się, że przy was będę się dziwnie czuł - wybuchnąłem śmiechem, a po  mnie zaraz zrobiła to brunetka. Podeszła do niego i przytuliła.
- Nie denerwuj się, jeszcze znajdziesz swoją jedyną. No dobra, rozumiem, że idziecie spać? Do góry, drugie drzwi na prawo łazienka, ręczniki w szafkach. Do góry, pierwsze drzwi na prawo mój pokój. Śpisz tam - powiedziała do mnie. - Ty do góry i drugie drzwi na lewo. Pierwsze są do sypiali rodziców i nie chcę. Rozumiesz? - Christian skinął głową i przybijając ze mną piątkę poszedł schodami na piętro.
- Obudzę cię o 22:30, o 23:00 jedziemy! - krzyknąłem i tylko słyszałem jak zamyka drzwi.
Spojrzałem na Bree z zamiarem spytania jej o to czy godzina jej odpowiada kiedy znów ujrzałem jej łzy.
- Co się stało, dlaczego płaczesz? - podszedłem i chwyciłem ją za podbródek, tak by na mnie spojrzała.
- Ostatnio jak tu byłam... Byłam tutaj z.. - nie musiała kończyć, wiedziałem, że chodzi o jej rodziców.
Nic nie powiedziałem tylko mocno przytuliłem, czekałem aż się uspokoi. Jednak gdy powiedziałem, że teraz ma mnie i będzie wszystko dobrze wybuchnęła jeszcze większym płaczem. Bez większych starań wziąłem ją na ręce i zaniosłem do pokoju. Tak jak mówiła, do jej pokoju, w którym miałem spać, ale na pewno nie sam. Położyłem ją do łóżka.
- Musisz się wyspać, obudzę cię o 21:30. Zdążysz wszystko zrobić. Śpij - powiedziałem całując ją w czoło i ściągając jej buty z nóg. Przykryłem ją i chciałem wyjść.
- Obiecuje, że będę spać, ale nie chcę sama. Zostaniesz ze mną? - zapytała siadając na łóżku.
- Zostanę - położyłem się obok niej, wcześniej ściągając bluzkę i spodnie. Bree zdjęła spodenki i rzuciła gdzieś stanik. Zasnęła w samych majtkach i topie na mojej klatce piersiowej. Ja jednak długo nie mogłem zasnąć, mimo że byłem zmęczony, ale po pierwsze było po 16:00 , a po drugie cały czas w oczy rzucały mi się pocięte ręce Bree, miała świeże blizny. 

*38 godziny później*
- Nigdy nie byłam u LA! Tutaj jest pięknie! - krzyknęła Bree gdy jechaliśmy ulicami Los Angeles. Była godzina 14:00 i mieliśmy środę. Jechaliśmy prawie trzy dni. Tragedia. Oczywiście zatrzymaliśmy się po drodze w jakimś hotelu, bo Bree marudziła, że musimy się przespać. Przecież prowadzimy. Jakoś około 6:00 dostałem SMS'a od Christiana, że ekipa od przeprowadzek pownosiła już wszystkie rzeczy do mieszkania. Zostało nam się wypakować, ale zrobimy to jutro. Teraz w planach mieliśmy iść na plaże i odpocząć, wieczorem na jakąś imprezę. Chcieliśmy miło spędzić ten czas. W końcu za półtora tygodnia zaczynamy college, a Bree idzie do pierwszej klasy High School.
- Jesteśmy na miejscu - uśmiechnąłem się kiedy wjeżdżałem do parkingu pod wysokim wieżowcem. Mama załatwiła nam niezłe mieszkano, tak blisko oceanu. Gdy zaparkowałem auto, wysiadłem i wyciągnąłem dwie walizki Bree i swoją torbę podręczną. Zaraz za nami na parking wjechał Christian. Gdy wyskoczył z auta i zabrał torbę podszedł do nas.
- Nieźle się spisała co nie? Widziałem zdjęcia, ale nie sądziłem, że aż tak wypasiony wieżowiec załatwiła twoja mamusia - zaśmiał się. Ruszyliśmy w stronę wind. Zawołałem ją i po chwili staliśmy w środku zastanawiając się nad piętrem.
- 14 czy 17? - zapytałem - kurwa, nie pamiętam.
- A numer mieszkania? - powiedziała brunetka.
- Nie, winda otwiera się tylko na jedne drzwi.
- Okey.. Myślałam, że to będzie jakaś kawalerka, a nie apartament.
- 17! Na pewno! - krzyknął Christian. Wcisnąłem numer piętra i okazało się ono prawdziwe. Weszliśmy do mieszkania, a ja otworzyłem szeroko buzie. Okna sięgały od podłogi do sufitu na szerokość całej ściany w salonie, tak jak w kuchni, która była po lewej. 
- Tak zdecydowanie apartament - powiedziała Bree rzucając się na kanapę - to co ja idę się wykąpać i uszykować na plaże, a wy chłopcy róbcie co chcecie. Aha Justin wybrałeś już swój pokój? Chciałabym zabrać prysznic w twojej łazience, a nie czasami w łazience naszego piekarza - wybuchła śmiechem, a ja z nią. Zaraz po swojej wypowiedzi dostała poduszką od Christiana. Chłopak był nazwany piekarzem przez Bree i tak zostanie. W zasadzie tylko dlatego, że strasznie jej go przypominał, a na drogę wziął dwa bochenki. Znów się zaśmiałem.
- Biorę ten ze wschodem słońca, rano będzie lepiej się wstawać na uczelnie - powiedziałem i zagłębiłem się w pomieszczeniach na prawo. - Więc myślę, że ten będzie odpowiedni - podniosłem głos, żeby mnie usłyszeli. Wszedłem do wielkiej sypialni. Ona zwariowała. Mam na myśli moją matkę, oczywiście.
- Masz gust - powiedziała Bree i pocałowała mnie w policzek. Chwyciła swoją szarą torbę i weszła do łazienki, w celu jak mniemam przebrania się w stój kąpielowy.
- Stary, idziemy na plaże z nią? - zapytałem bruneta siadając na fotelu w salonie.
- A co boisz się, że ktoś ci ją zabierze? Zazdrosny? - oberwał poduszką.
- Odrobinę. Bro widzisz jak ona wygląda, a w stroju kąpielowym... Boje się pomyśleć - odpowiedziałem.


~.~
Nie miałam jakoś weny więc jest średni... Przepraszam, że czekaliście 2 dni dłużej, ale miałam dużo nauki. Nie moja wina :/
Liczę, że się podoba?


13 KOM = NOWY ROZDZIAŁ
Kocham i pozdrawiam!

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Rozdział siedemnasty

Rozdział siedemnasty


Gdy usiadłam na fotelu, uświadomiłam sobie, że w tej chwili popełniam największy błąd w moim dotychczasowym życiu. Daje nam szansę, daję nadzieję Justinowi, choć wiem, że nic z tego nie wypali. Przecież to nie możliwe by kuzyn z kuzynką żyli w związku na odległość, nie, to jest możliwe. Nie możliwe jest to by im się udało. Ruszyliśmy zaraz po tym jak szatyn wpisał nasz cel podróży do nawigacji w iPodzie, który był umiejscowiony pod radiem, w miejscu popielniczki.
- Co chcesz posłuchać? - spytał tym samym wyrywając mnie z myślenia.
- Słucham?
- Włączyć radio, czy może jakąś płytę?
Ah, więc pytał o muzykę. Czy ja wiem, chyba powinniśmy porozmawiać. Przecież jest o czym, i to nie mało. Może zabraknie nam czasu. Nie chcę go przecież zranić, lecz ja ranie wszystkich wokoło. Nie uda mi się go przed tym uchronić, choć bym nie wiem jak bardzo chciała, to nie uda mi się.
- Obojętnie, może być radio.
Włączył jakąś stacje, na której leciała podajże piosenka U2 - Every Breaking Wave. Nie wiem, wyłączyłam się po tym jak Justin wypowiedział te kilka zdań, które mogłyby zmienić wszystko. Niestety miałam podjętą decyzje.
- Bree, tak się cieszę, że chcesz spróbować - serce mi się łamało kiedy on miał nadzieje, a ja i tak ją niedługo zrujnuję. - Zobaczysz, że nam się uda. Wiem, łatwo nie będzie, ale jak się postaramy to się uda.
Nie, nie uda się. Ja to wiem, doskonale to wiem. Nie zmieni mojej decyzji, nic jej nie zmieni. Ja znam powód dlaczego się nie uda. On jeszcze nie. Pozna go po fakcie, a może i wtedy go nie pozna.
- Odezwij się, proszę.
- Jestem zmęczona, pozwolisz, że się zdrzemnę? - starałam się odejść od tematu.
Tematu nas. NAS. Tego czego nie było, nie będzie przynajmniej na prawdę, i tego czego nie powinno być.
- Jasne mała, śpij - uśmiechnął się i przyspieszając do 140km/h wjechał na autostradę prowadzącą do Los Angeles.

*10 godzin później*

Obudziłam się z bolącym karkiem. Gdy spojrzałam na godzinę w telefonie lekko się zdziwiłam. Dochodziła 9:30, nie myślałam, że zdołam przespać tyle godzin w samochodzie.
- Obudziłaś się? - zapytał szatyn z uśmiechem na twarzy i okularami słonecznymi na nosie.
- Yhmm... - odpowiedziałam razem z ziewem. - Zanim spytasz się jak mi się spało, odpowiedź brzmi: źle - zaśmiał się na moją wypowiedź połączoną z grymasem na ustach.
- Przykro mi, ale samochody sportowe nie są najwygodniejsze jeżeli chodzi o spanie.
Odpowiedziałam uśmiechem, w radiu leciała piosenka Ellie Goulding - Love me like you do. Uwielbiałam ją i cicho, pod nosem nuciłam sobie słowa. 
- Nie wstydź się - powiedział z lekkim uśmieszkiem na ustach.
Wyglądał tak seksownie w tych okularach i czarnym snapbacku. Boże, co ja gadam?! Bree, opanuj się. No pięknie, teraz rozmawiam ze sobą. Po około dziesięciu minutach poczułam ukłucie w pęcherzu. Jejku, akurat teraz? Teraz jak jesteśmy w środku jakiegoś pierdolonego lasu?
- Justin? - no muszę, przecież nie wytrzymam.
- Coś się stało? - zapytał spoglądając na mnie.
- Nie, znaczy tak, znaczy tak jakby - uśmiechnęłam się do niego.
Nic nie odpowiedział i wydaje mi się, że czekał aż coś powiem. Tylko jak.
- Trochę mi głupio...
- No powiedz w końcu!
- Chcę mi się siusiu - wybuchł śmiechem, a ja się zaczerwieniłam, chyba pierwszy raz przy Justinie.
- I tego się wstydziłaś? - znów się zaśmiał. - Tak przy okazji ślicznie się czerwienisz. Tylko jest mały problem, jesteśmy w lesie, a stacja będzie za jakieś 30 minut. Wytrzymasz?
Co?! Tyle czasu? Że niby mam wytrzymać 30 minut. Co to, to nie!
- Nie bardzo..
- Dasz radę w krzaczki?
Odpowiedziałam skinięciem głowy, a Justin zatrzymał się na poboczu i wysiedliśmy z samochodu. Szybko wbiegłam do lasu i sprawdziłam czy nie ma nikogo, kto mógł by mnie widzieć.
- Odwróć się! - krzyknęłam do Justina, a on to zrobił - I nie podglądaj!
- Nie będę podglądać obiecuje! - zaufałam mu w tej 'błahej' sprawie i powoli zdjęłam spodenki, jednak coś mnie podkusiło i zanim zsunęłam majtki znów spojrzałam w stronę szatyna. Był tam i patrzył, nawet się nie ruszył tylko wpatrywał się w moje oczy.
- Okłamałeś mnie! - krzyknęłam.
- Nie prawda, właśnie dotrzymuję obietnicy! Obiecałem nie podglądać i tego nie robię. Ja po prostu patrzę.
Nie umiałam się nie zaśmiać, więc tak sobie to obmyślił. Uświadomiłam sobie, że stoję jak taki debil w samych majtkach w środku lasu, na przeciwko mojego 'chłopaka' (?). No właśnie Justin to mój chłopak? On zapewne myśli, że tak. Ja jednak jestem zmuszona udawać. Wydaje mi się, że w ten sposób mniej go zranię, ale coraz częściej wydaje mi się, że to nie prawda.
- A więc mój drogi - jego oczy się zaświeciły, a mi serce znów łamało się na pół - proszę abyś nie podglądał, nie patrzył, nie zerkał, ani nie robił nic co wiąże się z tym, iż zobaczysz jak robię siusiu. Mogę na to liczyć?
- No niech ci będzie - odpowiedział smutnym głosem i się odwrócił, wtedy ja spokojnie mogłam załatwić swoje sprawy.
Gdy wróciłam do auta Justin już w nim był i czekał z odpalonym silnikiem. Usiadłam na swoim miejscu i zapięłam pasy, a on energicznie ruszył.
- Czuję się o niebo lepiej, jak bym się urodziła na nowo. Od razu pięć kilo mniej - powiedziałam, żeby zagaić rozmowę, a chłopak się zaśmiał.
- Jak chcesz to potrafisz być nawet zabawna.
- Dziękuje - odpowiedziałam z dumą.
- Ale tylko czasami - walnęłam go w ramię z całej siły, ale nie zabolało go to.
Nie dziwie się, w końcu jestem małą dziewczynką, która nie radzi sobie ze swoim życiem, a co dopiero z uderzeniem chłopaka.


Około 15:00 zauważyłam, że zbliżamy się do domku moich rodziców. Mieliśmy domek lotniskowy przy jeziorze w Shreveport, a to akurat po drodze.
- Skręć tutaj! - krzyknęłam ni stąd ni zowąd.
- Jesteś pewna?
- Yhmm, skręć! - powiedziałam i po namowie szatyna chwyciłam jego telefon i zadzwoniłam do Christiana informując go by pojechał za nami.

~.~
Mam nadzieje, że nie zawiodłam was tym rozdziałem. Wydaje mi się beznadziejny i zastanawiam się czy w ogóle potrafię pisać? Nie wiem.
Jak podoba wam się ten rozdział?
Uwaga: Nie wiem czy w Shreveport jest jezioro, nie miejcie mi tego za złe. Potrzebowałam miasta, które jest po drodze do LA.
Proszę jeśli to przeczytałaś/eś to pozostaw po sobie ślad, pisałam ten rozdział w nocy gdy wracałam z nad morza z rodzicami. Nie pytajcie - mój ojczym wymyślił sobie obiad w Międzyzdrojach (około 360km).
Starałam się dla was więc pokaż że jesteś!


12 KOM = NOWY ROZDZIAŁ
Kocham i pozdrawiam :)