czwartek, 31 grudnia 2015

Everyone deserves happiness

Zapraszam na moje nowe opowiadanie
Mam nadzieje, że przypadnie wam do gustu



Leah to siedemnastolatka, która z pozoru ma wszystko. Dom, rodzinę, chłopaka, pieniądze. Jest popularna w szkole i dostaje wszystko o czym tylko zamarzy. Brakuje jej jednak kogoś z kim mogłaby porozmawiać o wszystkim. Brakuje jej prawdziwego przyjaciela. Oczywiście zawsze może liczyć na rodziców, z którymi ma bardzo dobry kontakt. Wolałaby znaleźć przyjaciela, prawdziwego. Z pozoru zwykła nastolatka, jednak wie jak to jest być na dnie i nie mieć niczego. Chodzi do drugiej klasy liceum. Jest pewna siebie, otwarta i uwielbia pomagać innym. Mieszka w Nowym Yorku, ale pochodzi z Londynu skąd u niej brytyjski akcent. Ludzie wokół niej udają przyjaciół, są zwyczajnie o nią zazdrośni. Gdy spotka chłopaka ze swojej szkoły, ale nie z jej sfery wszystko się zmieni. "Przyjaciele" będą ją ostrzegać przed pośmiewiskiem, ale dla niej nie będzie to specjalnie ważne. Jak potoczą się jej losy?


http://everyoneneedslovejbff.blogspot.com/

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Rozdział jedenasty (II)

Rozdział jedenasty (II)

*oczami Justina*
Kurwa. Nic dodać, nic ująć. Przecież wszystko było wspaniale. Była szczęśliwa. Nagle bum, obudziła się rano i jakby to co się wczoraj działo nie miało dla niej znaczenia. Tak jakbym zniszczył położony przez nią mur, którego nie można zburzyć. Tym murem byłem ja. Ona naprawdę chciała to skończyć. Ona to skończyła, a ja głupi myślałem, że teraz, gdy oboje nie mamy nikogo, gdy nikt nie wie co tak naprawdę nas łączy, że będziemy razem. Ona da sobie radę, ona już wie jak żyć beze mnie. Teraz ja muszę sobie z tym poradzić. Nie miałem innego wyboru jak wrócić do LA, tak też zrobiłem. Dlatego teraz siedzę w moim Audi w garażu i zastanawiam się czy dobrze robię. 
Do miasta wróciłem wczoraj, przespałem się w hotelu. Musiałem to wszystko przemyśleć, upewnić się, że moja decyzja jest właściwa. Nigdy nie będę nikogo tak bardzo pożądał jak Bree, bez sensu było by szukać, skoro i tak nie znajdę. Dawaj Bieber, nie pękaj.
Wyszedłem z samochodu i powolnym krokiem ruszyłem w stronę windy. Nadal nie byłem pewien, mimo że w drodze do mieszkania czułem się całkiem inaczej. Wybrałem odpowiednie piętro, a maszyna w kilka sekund ruszyła. W jednej dłoni trzymałem bukiet czerwonych róż, a drugą włożyłem do kieszeni w spodniach. Poczułem małe pudełeczko z otwieranym wieczkiem i znów poczułem, że robię źle. Jednak wrzuciłem te myśli z głowy i pewnym rokiem wszedłem do mieszkania. 
Zauważyłem Christiana siedzącego na kanapie, a ona odwrócona do mnie plecami stała przy blacie w kuchni i popijała kawę ze Starbucks, musiała niedawno wrócić z zakupów. Zawsze po drodze z galerii zatrzymywała się w tej kawiarni. Podszedłem do niej, najpierw odkładając torbę z ubraniami pod ścianą. 
- Taylor - blondynka odwróciła się w moją stronę i już chciała mnie pocałować, jednak szybko jej przerwałem. - Pozwól mi powiedzieć - skinęła głową. - Słuchaj, różnie to między nami bywało, jednak teraz jest już pewien, - gdyby ona wiedziała jak ja kłamie, pomyślałem - jestem pewien, że chcę być z tobą bez względu na wszystko i mimo że nie jest to pewnie tak jak chciałaś, nie jest tak romantycznie jak sobie wymarzyłaś to - wyjąłem pudełeczko z kieszeni, uklęknąłem i je otwarłem - Taylor, wyjdziesz za mnie?
Blondynka popatrzyła na mnie jak na przybysza z innej planety, potem ukradkiem spojrzała na pierścionek i kazała mi wstać. 
- Justin... Nie wiem co powiedzieć - teraz nie liczyło się to czy ja byłem pewien, ważne było żeby ona mi nie odmówiła - Tak. Tak Justin, wyjdę za ciebie.
Ubrałem jej srebrny pierścionek z diamentem i podniosłem, obracając wokół własnej osi. Pocałowałem ją, a ona odwzajemniła jak nigdy. Poczułem się wspaniale. Na prawdę, teraz gdy Taylor się zgodziła poczułem się pewien swojej decyzji.
- Jest prześliczny - powiedziała oglądając dłoń z każdej strony.
W moim sercu zagościła radość. Byłem pełen wątpliwości, ale teraz nie widzę po nich żadnego śladu. Problem jednak leży w tym, że za każdym razem gdy myślę o ślubie, o ceremonii w kościele to obok mnie przy ołtarzu nie widzę Taylor. Widzę osobę, której nigdy tam nie zobaczę. To boli najbardziej, świadomość, że nie mogę być z kimś kogo szczerze pragnę. Chociaż gdy myślę o tym jak bardzo zranię Tay to wcale nie czuje się lepiej. Gdyby, nie mam pojęcia jakim sposobem, dowiedziała się, że robię to by zapomnieć o Bree to nigdy by mi nie wybaczyła. Traktuję ją jak przyjaciółkę. Taką wyjątkową, z którą uprawiam seks. Seksualną przyjaciółkę. Jednak gdybym miał stracić ją na zawsze to nie byłoby zabawne. Lubię porozmawiać sobie z nią tak od serca. Powiedzieć jej co mnie boli. Wtedy też ona mi się zwierza. Tak jak to robią przyjaciele. Handlujemy wymiennie naszymi sekretami. Taylor wie, że byłem w "związku" z kuzynką, ale nie wie, że nadal mamy jakiś tam kontakt. Powiedziałem jej, że Natasha, bo nie podałem prawdziwego imienia, nie żyje. Wymyśliłem wypadek samochodowy, najbanalniejsze wytłumaczenie. Wiem, że przyjaciół się nie kłamie, ale kiedy to mówiłem to nie miałem jeszcze takiego zaufania do Tay, a po drugie nie byłem do końca trzeźwy. Potrzebowałem się wtedy wygadać, na jakiś inny temat, nawet nie pamiętam jaki, no i na końcu wyszło tak, że powiedziałem jej o nas. 
- Skarbie bardzo chciałabym zostać, ale umówiłam się z mamą. Nie mogę jej odmówić - powiedziała i szybkim krokiem ruszyła do windy. - Porozmawiamy wieczorem, przepraszam cię bardzo. Obiecuje, że wrócę jak najszybciej.
- Jasne, leć. Baw się... - nie zdążyłem dokończyć bo drzwi windy się już zamknęły.
Ruszyłem w stronę lodówki. Wyjąłem dwie butelki piwa i rzuciłem się na kanapę obok Chrisa. Chłopak spojrzał na mnie, a potem zaśmiał się wyciągając z mojej dłoni jedną butelkę. 
- Żebyś nie żałował stary - wypił łyka i wstał. - A teraz cię zostawię - i ruszył do wyjścia.
- Stary liczyłem na męski wieczór. 
- Sorka bro, jestem umówiony, ale spokojnie narzeczona szybko nie wróci, możesz sobie sprowadzić stare koleżanki, numer znajdziesz u mnie w pokoju.
Rzuciłem w niego poduszką, a on tylko ze śmiechem wszedł do windy. Zostałem sam. Znów wróciły do mnie myśli czy zrobiłem dobrze, jednak pozbyłem się ich tak szybko jak powstały. Przypomniałem sobie pocałunek z Taylor i od razu minęło. To był inny pocałunek. Nie był taki jak zawsze, ten był emocjonalny. Czułem uczucia jakiś nigdy nie doświadczyłem przy niej. 
Włączyłem sobie kanał z muzyką w telewizji i ruszyłem do sypialni po swojego laptopa, żeby zająć czymś myśli postanowiłem poszukać kogoś kto mógłby zająć się zaprojektowaniem mojego wieżowca. Tak by w środku było przestronnie, wygodnie, elegancko i nowocześnie. Gdy tak przeglądałem wszystkie możliwe strony firm architektonicznych wpadłem na pewien pomysł. Przecież Taylor skończyła takie studia. Okey, może pracuje teraz jako sekretarka, ale tylko po to by jakoś się wybić. Zarobić, odłożyć i założyć swoją firmę. Chce być samodzielna i podziwiam ją za to, bo ja sam zabrałem pieniądze od matki. Jak ją do tego zatrudnię to zarobi sobie i będzie mogła zacząć coś swojego. Małego, ale swojego.
Teraz pozostało się zająć finansami. Znaleźć jakąś dobrą firmę. Na przykład Johnson's Bank.

~.~

Kto się tego spodziewał?!
No kto?!

sobota, 26 grudnia 2015

Ważna informacja

Skoro mamy święta, a sytuacja się trochę przeciągnęła to postanowiłam wytłumaczyć wam o co chodzi i dlaczego na blogu nie pojawiają się rozdziały od końca listopada.
Sytuacja ma się tak, że pracuje nad nowym projektem, chciałam się na nim całkiem skupić i przez to zaniedbałam to opowiadanie. Mam nadzieję, że mój nowy pomysł przypadnie wam do gustu, ponieważ już niedługo będziecie mogli go poznać. Chciałam go wam pokazać 6 grudnia, jednak sytuacja się przeciągnęła. Przełożyłam 'premierę' na 24 grudnia, jednak parę rzeczy okazało się niedopracowanych, a chciałabym, żeby następne opowiadanie było lepsze. W związku z tym mam nadzieję, że wybaczycie mi ten poślizg z rozdziałami i poczekacie na mój nowy projekt, który premierę będzie miał 31 grudnia, bez zmieniania daty.
Przepraszam was jeszcze raz, teraz obiecuje, że nie zostawię was bez rozdziału na tak długi czas.

niedziela, 22 listopada 2015

Rozdział dziesiąty (II)

Rozdział dziesiąty (II)

Obudziłam się przez promienie słoneczne wpadające do mojej sypialni. Obok mnie nikogo nie było. Nikogo nie było, ale pościel była wygnieciona tak jakby całą noc ktoś na niej leżał. Może mam jakieś przewidzenia, albo to ja rzucałam się po brzegach łóżka nie mogąc znaleźć sobie miejsca? Stwierdzając, że wszystko jest dobrze spojrzałam na zegarek. Wskazywał 8:37. Szybko podniosłam się z łóżka uświadamiając sobie, że przecież mamy dzisiaj wtorek, a ja jestem umówiona na spotkanie o 9:30 po drugiej stronie miasta, które w tej chwili całe pogrążone jest w jednym wielkim korku. Wbiegłam do garderoby dopiero teraz zauważając, że na sobie nie mam nawet podartego kawałka materiału. Co się do cholery działo w nocy?! Nie miałam za dużo czasu na zastanawianie się, więc wybierając białą koszule i czarną dopasowaną spódnice wbiegłam do łazienki. Związałam włosy w kok, by nie pomoczyć ich wodą i weszłam pod prysznic. Dokładnie umyłam ciało żelem o zapachu wanilii i spłukałam pianę. Najszybciej jak umiałam wytarłam się białym puszystym ręcznikiem i ubrałam wcześniej uszykowany komplet. Nałożyłam podkład, czerwoną pomadkę i namalowałam czarne kreski na powiekach. Włosy rozpuściłam i tylko je rozczesałam zostawiając w naturalnym lekko pofalowanym nieładzie. Wkładając koszule w spódnice chwyciłam torebkę i czarne szpilki z czerwoną podeszwą. Wpadłam do kuchni, a tam czekała na mnie największa niespodzianka roku. 
Justin Bieber
- Co ty tu do cholery robisz? - zapytałam chłopaka, który w samych bokserkach stał przed ekspresem i parzył moją ulubioną kawę.
Odwrócił się w moją stronę. Mogłam podziwiać jego sześciopak i parę nowych tatuaży. Na jego twarzy malowała się duma. Był z siebie dumny. Jaki miał do tego powód? Po pierwsze co on tu kurwa robi! I dlaczego w samych bokserkach stoi w mojej kuchni. Byłam pewna, że wczoraj poszedł do domu. Właśnie! On tutaj był! Dlaczego nic z tego nie pamiętam? Aż tak byłam pijana?
- Witaj kotku, chyba nie jesteś w humorze. Wypijesz kawę?
- Co ty odwalasz Justin?
Spojrzał na mnie jak na wariatkę. Ale ja naprawdę nie wiem co tu jest grane. O co mu chodzi i dlaczego do cholery stoi w samych bokserkach w mojej kuchni! To pytanie nie daje mi o sobie zapomnieć! No i musiał nadejść moment, w którym mój mądry mózg złoży wszystko w jedno, i uświadomi mi co się stało w nocy. Znów to zrobiliśmy. Znów się pieprzyliśmy. Ja pierdole.
- Wyjdź stąd - tylko na tyle było mnie stać.
Nie chce znać szczegółów. Teraz już wiem, że na pewno nie chcę go już nigdy na oczy zobaczyć. Przyszedł tu z winem po to by mnie przelecieć i udało mu się. Postawił sobie cel, a jako, że po pijanemu jestem naiwna to wykorzystał to i spełnił obietnice złożoną samemu sobie.
- Serdecznie ci, kurwa, gratuluje! - krzyknęłam.
- Bree, o co ci chodzi? Kochanie przecież teraz może być już wszystko dobrze. Możemy być razem.
Co?! Co on sobie ubzdurał w tej głowie! Myślał, że jak mnie przeleci to rzucę mu się w ramiona i powiem, że możemy znów spróbować?! Czy on jest niepoważny? Nie mówię oczywiście, że od tak przestałam o nim myśleć. Nie. Nadal zastanawia mnie co by było gdybyśmy byli razem. Czy by się udało. Ja nadal chciałabym spróbować, no ale niestety moja głowa widzi tylko wielki napis "To twój kuzyn. Jesteś pojebana". Dlatego, żeby samej sobie pomóc muszę odpychać Justina. Żałuje, że nie pamiętam poprzedniej nocy. Oh cicho.
- Przestań Justin. Nie będziemy nigdy razem. To się nie uda. Wybij to sobie z głowy, znajdź jakaś dziewczynę i bądź szczęśliwy. Zapomnijmy o tym co się stało, a teraz poproszę cię grzecznie, żebyś wyszedł z tego mieszkania i nigdy nie wracał.
- Ale Bree...
- Spieszę się do pracy. Weź swoje rzeczy i wypierdalaj.
Oparta o kanapę obserwowałam jego ruchy. Wpatrywałam się w niego, jak w obrazek. Nadal darzyłam go uczuciem, ale nie chciałam, żeby o tym wiedział. Moje zachowanie całkowicie kontrastowało z tym co było w mojej głowie, a co gorsza w moim sercu. Chciałam, żeby został i zjadł ze mną śniadanie, a potem został. Został na zawsze. Pragnęłam, żeby nigdy więcej mnie nie zostawił, a mówiłam coś całkiem innego, bo wiedziałam, że to nieodpowiednie.
- Jesteś pewna, że mam wyjść? - zapytał wsuwając spodnie.
Nie odpowiedziałam. Podeszłam do drzwi i je otwarłam czekając aż przez nie wyjdzie, a ja będę mogła spokojnie wybuchnąć płaczem. Posłał mi ostatnie spojrzenie zapinając guzik koszuli i zakładając czarne Ray-bany wyszedł. Odczekałam pół minuty, po których zsunęłam się na ziemie i zaczęłam płakać. Siedziałam tak z trzy minuty, a potem usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Punktualnie jak w zegarku, moja gosposia weszła do apartamentu o 9:00. Otarłam szybko łzy, co jednak nie umknęło jej uwadze.
- Pani Johnson, co się stało?! Widziałam tego chłopaka co wczoraj, wpadł na mnie w windzie! Czy on coś pani zrobił? To pani chłopak? - zaczęła się seria pytań.
Postanowiłam nie reagować. Wstałam i chwyciłam torebkę, kluczyki i czarny płaszcz. W końcu zaczyna się listopad, a na dworze jest coraz chłodniej. Poprawiłam szybko makijaż w wielkim lustrze, obok drzwi.
- Niech pani wraca do swoich obowiązków. Nie płace za serie pytań. Będę w domu o 17:00 - i wyszłam, trzaskając z impetem drzwiami.
Nie myśląc o niczym wbiegłam do windy i szybko zjechałam na poziom garaży. Wsiadłam do mojej czarnej tesli i ruszyłam z piskiem opon. Nie zważałam na ograniczenia prędkości i inne przepisy. Za 21 minut miałam mieć bardzo ważne spotkanie z jedną z tak zwanych grubych ryb. Facet inwestuje w nowo powstałe firmy, lub kupuje takie, które są na skraju bankructwa. Płaci marne grosze, a potem zarabia grube miliony. Teraz zainteresowany jest kupnem budynku właśnie ode mnie. Świetne miejsce na firmę architektoniczną, sama chciałam zainwestować, po tym jak zapłaciłam lekkie pieniądze za pięknie usytuowany budynek. Jednak on pojawił się zaraz po licytacji, z kuszącą propozycją o czym mu oczywiście nie mówiłam. Wyciągnę od niego najwyższą kwotę. To właśnie na tym powinnam się skupić. Niestety moja głowa nie dopuszczała innej myśli, oprócz Justina. Zamiast wymyślać mój plan negocjacji skupiam się na tym gdzie on jest i co robi.
- Pani Johnson, pan White czeka w sali konferencyjnej - usłyszałam głos mojej sekretarki ledwo co weszłam do biura.
Podałam jej płaszcz i ruszyłam do wyznaczonego miejsca. Przed otworzeniem drzwi przybrałam poważną minę, o ile mogła być poważniejsza. Poprawiłam włosy i pewna siebie otwarłam drzwi spoglądając na wstającego bruneta. Mógł mieć z 40 lat. Wysunął do mnie dłoń i z uśmiechem powiedział:
- Panno Johnson.
- Panie White - uścisnęłam dłoń i poleciłam mu usiąść.


~.~
Trochę musieliście poczekać.
Ale ten rozdział był trudny do napisania i sama nie wiem czemu.
Podoba wam się?
W następnym znów wracamy do Justina.
Wracamy do jednego rozdziału o Bree, a potem jeden o Justina.
Jak myślicie co teraz będzie robić Justin?
Co będzie się działo w życiu Bree?
A może w ich wspólnym życiu
Czekam na komentarze by wiedzieć czy w ogóle tu jesteście.

sobota, 31 października 2015

Rozdział dziewiąty (II)

Rozdział dziewiąty (II)

Wpuściłam go do środka, mimo że nie byłam pewna czy to dobry pomysł. Poprosiłam, żebyśmy usiedli w kuchni. Właśnie kończyłam kolacje i nie wiedziałam do końca jak się zachować. Moja gosposia pałętała się po apartamencie i wiedziałam, że zacznie wymyślać w głowie niestworzone historie związane z Justinem. Już jutro zapewne zapyta mnie o niego. Przewidzi jej się, że widziała w łazience jego skarpetki, albo, że w sypialni pachnie męskimi perfumami. Ta kobieta miała niesamowitą wyobraźnie i już boje się co wymyśli.
- Pani Johnson mogę coś jeszcze dla pani zrobić? - zapytała wiercąc dziurę w twarzy Biebera.
Kobieto opanuj się i nie patrz tak na niego. To tylko mój kuzyn! To, że przyniósł wino nic nie oznacza! Chce wypić lampkę, bo podpisaliśmy bardzo korzystną dla mnie umowę. Dla niego też była ona korzystna, ale nie ukrywajmy, dla mnie o wiele bardziej opłacało się to podpisać. Chwilka! Po co on tutaj przyszedł. Chce wypić wino, co wiąże się z rozmową. O czym chce rozmawiać?
- Nie dziękuje, może pani już wrócić do domu. John panią odwiezie, poinformowałam go wcześniej.
Idź już do domu kobieto i zostaw nas samych, albo nie! Bo wymyśli, że chciałam jak najszybciej się jej pozbyć, żeby być sam na sam z Justinem, a przecież nie chcę tego! Od tego uciekłam. Nie chce być z nim sama, bo boję się, że nie pohamujemy się i znów wylądujemy razem w łóżku. 
- Do jutra pani Johnson.
Wyszła! Nie, wracaj tutaj natychmiast! Kurwa.
- Pozwolisz mi dokończyć? - wskazałam na swoje kanapki z warzywami.
Spojrzał na mnie i od razu wiedziałam po co tutaj przyszedł. Chciał się pieprzyć. Obmyślił sobie cały plan. Przyjdzie, wypijemy wino, może nawet nie skończy się na jednej butelce. W między czasie będziemy rozmawiać o tym co było. Jak cudownie było, ale też o tym jak złamałam jego i swoje serce moim szybszym powrotem z LA. Jak zabolało go to, że nie pożegnaliśmy się czuło i namiętnie na lotnisku w Miami. Chciał zapewne wiedzieć też dlaczego dzisiaj byłam taka formalna na spotkaniu, a przecież jest jedna odpowiedź na te wszystkie pytania. Nie chciałam znów wylądować w łóżku z własnym kuzynem, mimo że kiedyś mi to nie przeszkadzało. Przez krótki moment, ale tak było. W zasadzie tak się do tego przyzwyczaiłam, że zapomniałam kim tak naprawdę dla siebie jesteśmy. Ja nie chciałam z nim się kochać, on przyjechał tutaj tylko po to. A może jednak chciałam? Nie, Bree.. Przestań pieprzyć.
- Jasne jedz... - odpowiedział na zadane przeze mnie pytanie. - Nieźle się urządziłaś. Gosposia, kierowca, mieszkanie w jednym z najładniejszych apartamentowców. Faktycznie królowa Nowego Yorku. Tak jak piszą brukowce.
- Czytałeś o mnie? - zapytałam przeżuwając ostatnie kawałki kanapki.
- Mówiłem, że odrobiłem pracę. Czytałem też o twoich rodzicach. Nieźle cie ustawili, mogłabyś nie pracować do końca życia, a ty nadal chcesz więcej.
No to mnie wkurzył. Przyszedł tutaj wytykać mi moją prace? Chce pogadać o moich rodzicach? Chyba wolałabym, żeby przeleciał mnie wzdłuż i wszerz niż, żebyśmy rozmawiali o nich. Jest jakiś niepoważny. Doskonale wie jak bardzo temat rodziny mnie boli. Wie, że w większości przez ten głupi wypadek zaczęłam się okaleczać. Wie, że cała tak sytuacja zostawiła wielki ślad na mojej psychice, ale nadal chce o tym rozmawiać. Na pewno nie zostanie tu długo jeżeli nie zmieni tematu oraz tego idiotycznego tonu głosu.
- Przyszedłeś tutaj, żeby mnie oceniać? Żeby wypominać mi ile mam pieniędzy? Żeby przypomnieć mi, że moi rodzice umarli? Żeby wmawiać mi, że ważna jest dla mnie tylko kasa? Dobrze wiesz, że zrobiłabym wszystko, żeby wrócili do mnie, ale nadal chcesz mnie oceniać i dołować?
Spojrzał na mnie jakby nie wiedział o czym mówię. Udawał głupiego, a oboje znaliśmy powód jego przybycia. Chciał mnie zasmucić, potem pocieszyć winem, a na koniec przelecieć.
- Jeżeli tak ma wyglądać nasza rozmowa to dziękuje ci bardzo za odwiedziny, ale wyjdź.
Powiedziałam wprost. Po co miałam owijać w bawełnę? Nie mam ochoty na taką rozmowę. Lepiej dla nas obojga będzie jak wyjdzie stąd jak najszybciej. Mówię serio. Nie chce mi się dzisiaj, ani nigdy rozmawiać o śmierci najbliższych, ogólnie o śmierci.
- Gdzie masz korkociąg? - zaczął otwierać szuflady.
Czuł się jak u siebie, a mi, nie wiem, czemu, to nie przeszkadzało. Znalazł to czego szukał. Ściągnął dwa kieliszki z wiszącego nad blatem wieszaka i otworzył wino. Czerwone wino. Wiedział doskonale co przynieść. Nalał alkoholu i podał mi jedną lampę.
- Dziękuje - odpowiedziałam.
Dlaczego to zrobił? Nie powiedział nic na moją wyczerpującą przemowę. Chciał mnie zmylić. Ja już cię znam, Justin. Nie dam się nabrać na twoje durne pułapki. Doskonale wiem, że wyczuł seksualne napięcie między nami na spotkaniu i teraz znów chce je zbudować. Chce zamoczyć. Czy mu się uda? Mam nadzieję, że nie. Wyleczyłam się z seksu z kuzynem i nie mam zamiaru do tego wracać. 
- Jak ci się układa życie? - wypalił, a ja wybuchłam śmiechem.
- Przecież czytałeś brukowce. Wszystko o mnie wiesz. Ale niech ci będzie. Jestem szczęśliwa. Mam wspaniałą przyjaciółkę, a jej synek to najbardziej słodka istota na świecie. W pracy idzie mi coraz lepiej, ale to pewnie już wiesz. No i...
- Masz faceta.
Tym zdaniem mnie zaskoczył. To było pytanie czy stwierdzenie? Zdecydowanie stwierdzenie. Co mu przyszło do tej pustej głowy?! Niby kogo? Znalazł tę informacje w internecie? Dlaczego Olivier nic mi o tym nie powiedział... Olivier! No tak jego sobie ubzdurał.
- Jestem sama, a nawet jakbym miała kogoś to wydaje mi się, że to nie jest informacja dla ciebie. Jeżeli masz na myśli Oliviera to jest on moim asystentem i dobrym kolegą..
- Który przy okazji cię posuwa - dodał.
Zrobił się bezczelny. Co on sobie myśli. Takie ma o mnie zdanie? Dupek pierdolony. Jakbym mogła to bym my przypierdoliła w tą zakłamaną twarz! Chwila, przecież mogę...
- Nie pozwalaj sobie za dużo, Bieber. Pamiętaj, że jesteś nie tylko w moim apartamencie, ale i w moim mieście. Jakbym chciała to jednym telefonem mogłabym zniszczyć ciebie i ten twój żałosny pomysł na rozwinięcie firmy. Nie twój interes czy mnie ktoś posuwa. Mnie nie interesuje twoje życie seksualne i to ile dziwek przeleciałeś w miesiącu. Więc proszę cię byś kurwa zmienił temat.
- Chcesz mnie zastraszyć, skarbie? Chyba ci się to nie uda.
Nie no, nie wytrzymam zaraz. Jakim prawem znów mówi do mnie tymi przesłodzonymi tekstami. Nie chcę nic od niego poza tym by w końcu znikł z mojego życia raz na zawsze. Chwila. Czy na pewno tego chcę?
- Wiesz co Bree? Chyba zostanę dłużej w Nowym Yorku.

~.~
Co myślicie?
Co wydarzy się w rozdziale 10?

wtorek, 13 października 2015

Rozdział ósmy (II)

Rozdział ósmy (II)

Wjechałem na ostatnie piętro wieżowca, w którym mieściła się główna siedziba firmy Johnson Industry. Podszedłem do recepcji i zastałem tam uśmiechającą się blondynkę, rozmawiającą przez telefon.
- W czym mogę pomóc? - zapytała po skończonej rozmowie.
- Byłem umówiony na spotkanie w sprawie podpisania umowy o kupnie budynku u pana Butsa - oznajmiłem.
- Pańska godność? 
- Bieber. Justin Bieber.
Sprawdziła coś w komputerze, jej brwi na chwilę pokazały, że jest zdezorientowana. 
- Przepraszam, ale pan Buts jest na spotkaniu. Da mi pan chwilkę? - skinąłem głową i czekałem gdy dziewczyna znów podniosła słuchawkę.
Wcisnęła pierwszą cyferkę, a po chwili odezwała się:
- Pani prezes, pan w sprawie umowy już się pojawił, a pan Buts wyszedł...Nie żadne zmiany w grafiku do mnie nie dotarły... Tak, jasne... Rozumiem... Coś do picia? Dobrze...
Odłożyła telefon i wyszła zza biurka.
- Proszę za mną - ruszyłem za zgrabną blondynką, a po chwili otwarła mi drzwi, na których napisane było "sala konferencyjna" - Pani prezes zaraz się pojawi. Czy mogę zaproponować coś do picia?
- Poproszę wodę z lodem i cytryną.
- Już przynoszę.
Wyszła. Wpatrywałem się w panoramę Nowego Yorku, którą było widać przez przeszklone ściany w pomieszczeniu. Siedziałem przy wielkim stole, na skórzanym fotelu. Właśnie tak miałaby wyglądać moja firma. Wszystko urządzone nowocześnie. Przede mną leżała umowa i srebrny długopis, to samo po przeciwnej stronie.
Po chwili do pokoju wróciła recepcjonistka. Postawiła przede mną szklankę, a naprzeciw położyła filiżankę z kawą. 
- Pani Johnson już idzie - oznajmiła i wyszła.
Za chwile usłyszałem dźwięk szpilek przez co odwróciłem głowę. Moim oczom ukazały się długie zgrabne nogi, piękne ciało opięte czarną sukienką i włosy spięte w wysoką kitkę. Bree. Bree Johnson. 
To jej nazwisko! A męczyło mnie to tak długo. Jakim cudem mogłem zapomnieć?!
- Justin? - spytała.
- Cześć Bree... - wstałem i podałem jej dłoń. 
Odwzajemniła uścisk i usiadła w fotelu. Była zdenerwowana. Nie wiedziała jak się zachować. Czułem to samo. Wpatrywała się przez chwilę w umowę i jak myślę układała sobie tekst w głowie. Byłem ciekaw jak się zachowa. Będzie normalna? Czy też uda, że mnie nie zna.
- Załatwmy to formalnie - zaczęła. - Jest pan zainteresowany kupnem biurowca. W jakim miałby on się znajdować mieście, panie Bieber. Pana kryteria są zbyt ogólne. Mogę zaproponować Los Angeles, Nowy York, Miami, Las Vegas, Seattle, Chicago i Atlantę. Od pana zależy miejsce, ode mnie cena. Negocjacje wchodzą w grę. Proszę o szybką decyzje wtedy szybciej będziemy mogli podpisać umowę - powiedziała prawie na jednym wydechu i chwyciła filiżankę upijając jeden łyk.
Nawet przez chwile w jej oczach nie ukazała się żadna inna emocja poza powagą. Traktowała mnie jak każdego innego klienta. Wiedziała, że postawi na swoim. Wiedziała, że cokolwiek by mi nie sprzedała to i tak zarobi na tym mnóstwo pieniędzy. Była profesjonalistką, a przecież jest w tym dopiero trzeci miesiąc. Odziedziczyła niesamowite cechy charakteru po rodzicach. Mówię teraz o tych cechach, które stanowczo przydadzą jej się w pracy. Poczułem nagłą chęć pocałowania jej. Zbudowaliśmy seksualne napięcie przez tę krótką chwilę. Chciałem je budować, tak długo aż nie rzucimy się na siebie. Wiedziałem jednak, że to nie jest stosowne, ale kontynuowałem rozmowę.
- Myślę nad Nowym Yorkiem. Wydaję się świetnym miejscem na rozpoczęcie biznesu. Co o tym pani sądzi, pani Johnson?
Jej oczy niemiłosiernie powiększyły się. Nie spodziewała się tego, tak samo jak ja. Byłem jedynie świadom, że kupie dzisiaj budynek. Nie wiedziałem gdzie. Po pewnej chwili na jej twarz znów wróciła pewność siebie i powaga. Wymyśliła taką odpowiedzieć, która może zbić mnie z tropu.
- Panie Bieber, nie mi osądzać gdzie najlepiej zacząć swój biznes. To pan otwiera firmę i to pan powinien wiedzieć gdzie najbardziej się opłaca. Ja jestem tutaj tylko dla negocjacji i podpisania umowy, ewentualnie mogę panu poradzić, który budynek jest najbardziej wart swojej ceny. Pragnę też poinformować pana o tym, że w moim mieście budynki są najdroższe.
Nie przestawała być poważna, ale była też świadoma, że coraz bardziej napina atmosferę pomiędzy nami. Upiłem łyk mojej wody i zastanawiałem się na jej słowami. Chciała mnie zbyć z tego miasta. Nie chciała codziennie rano wstawać ze świadomością, że w drodze do pracy, na siłownie czy gdziekolwiek może natknąć się na mnie. Nie potrafiłem jednak rozumieć jej słów. Jakim sposobem Nowy York miałby należeć do niej.
- Pani mieście? W jaki sposób przywłaszcza sobie pani to miasto - zapytałem z ciekawością, a w jej oczach zabłysnęła iskierka rozbawienia.
- Panie Bieber, nie przywłaszczam sobie Nowego Yorku. On po prostu jest mój. Ponad połowa budynków, apartamentowców, bloków, domów czy miejsc publicznych należy do mojej firmy, przez co należy do mnie. Moja druga firma ma podpisane kontrakty z największymi koncernami w kraju, zresztą na świecie też. Wielkie ryby biznesu mają konta w moim banku. Jestem młodą miliarderką świata, wszyscy wiedzą kim jestem. Widzę panie Bieber, że nie odrobił pan pracy domowej, inaczej nie był by pan tak zdziwiony kiedy weszłam do pokoju. Po drugie chcę pan ze mną negocjować, kupić ode mnie budynek, a nie wie pan kim jestem? Nasze spotkanie może nie mieć sensu. Proszę zdecydować się na miasto, mam bardzo napięty grafik, co wiąże się z tym, że pana czas powoli dobiega końca, panie Bieber.
- W takim razie posłucham pani rady, zrezygnuje z Nowego Yorku.
- Dobra decyzja, proponuje w takim razie LA.
Podpisaliśmy umowę, podała mi numer konta i uściskiem rąk pożegnaliśmy się. Gdy byłem na dole zrodził się w mojej głowie plan. Złapałem taksówkę i pojechałem na zakupy.


Wjechałem na odpowiednie piętro, zapukałem do drzwi i razem z butelką wina w ręce czekałem, aż otworzy drzwi. I otwarła, w szarych dresach i białej bokserce, ale nadal wyglądała seksownie. Włosy spięła w koka, makijaż zmazała.
- Myślę, że trzeba opić dobrą transakcje - wypowiedziałem zdanie, które układałem cały dzień w głowie.
- Skąd wiesz gdzie mieszkam? - wypaliła zdezorientowana.
- Odrobiłem zadanie domowe.

~.~
Co myślicie o nowym rozdziale.
Dziękuje za wszystkie komentarze pod ostatnim rozdziałem.
Jednak proszę by każdy skomentował chociaż jednym słowem.
Nie powiem, że dłuższe wypowiedzi nie chwytają za serce, haha..
Uwielbiam czytać komentarze.
Widzę ile blog ma wyświetleń, a ile jest komentarzy...
Pozdrawiam was kochani :)
Do następnego :*

piątek, 2 października 2015

Rozdział siódmy (II)

Rozdział siódmy (II)

Ciocia poprosiła mnie o to bym pomogła Justinowi w sprawach związanych z pogrzebem. Jak mogłam odmówić? Jednak to straszne. Myślenie o własnej śmierci, o końcu swojego życia. Powiedziała, że przepisała firmę i dom na Justina. Przepraszała, że nic mi nie zostawiła oprócz białego fortepianu w mojej starej sypialni, ale przecież ja nic nie chciałam. Wybrała sobie czarną trumnę. Miała nawet sukienkę w szafie. Poprosiła o białe kwiaty na pogrzebie. I odeszła. Teraz.
- Justin! - krzyknęłam do chłopaka, który wszedł do pokoju z szklanką soku.
Chłopak wypuścił z rąk napój i podbiegł nie zważając na rozbite szkło. 
- Mamo! Mamo, nie teraz. Nie już! - mówił, a łzy spływały mu o policzkach.
Do pomieszczenia wpadła pielęgniarka. Sprawdziła tętno, zadzwoniła po wszystkie potrzebne osoby. Tak szybko to minęło. Nawet nie wiem kiedy ciocia została zabrana do kostnicy, a Justin siedząc na łóżku wpatrywał się beznamiętnie w podłogę. Usiadłam obok niego i również wpatrywałam się w to same miejsce.
- Będziemy sami na pogrzebie. Powiedziała, że nie chce nikogo - odezwał się szatyn po dość długiej ciszy.
Wstałam, podeszłam do szafy i wyjęłam czarną sukienkę, buty i wyszłam z pokoju oznajmiając, że jadę to zawieść. Gdy siedziałam w aucie i chciałam ruszać do pojazdu wpadł Justin. Chciał wszystko załatwić. 
Po trzech godzinach mieliśmy wszystko. Pogrzeb miał odbyć się jutro, a dziś mieliśmy spakować wszystkie rzeczy z domu.
- Na pewno chcesz go sprzedać? - zapytałam kolejny raz.
- Nie stać mnie na utrzymywanie tego domu, mam teraz dużo wydatków. Gdyby to zdarzyło się parę miesięcy później to zostawiłbym go.
- Kupie go - oznajmiłam.
- Co?
- Kupie go, ale nadal będzie to twój dom. Ja będę płacić, stać mnie na to, zaufaj. 
- Bree ja nie mogę.. - powiedział pakując kosmetyki Pattie do kartonu.
- Spakujmy tylko rzeczy cioci. Resztę zostawmy, kupie ten dom. Będzie sobie tutaj spokojnie stał, a jak będziesz chciał tu wrócić to wrócisz. To bardziej się dla mnie opłaca niż płacenie za przewóz fortepianu - zaśmiałam się w tej trudnej dla nas obu sytuacji.
- Dziękuje, nie wiem jak mam ci się odwdzięczyć.
- Nie musisz. Mieszkałam w tym domu za darmo przez trzy lata. Mogę teraz mu za to zapłacić. 
Pakowaliśmy ubrania cioci, wypiłam herbatę i poszłam spać. Rano miał odbyć się pogrzeb.


Nie mogłam długo spać. Nie wiem kiedy zadzwonił budzik. Wstałam i ruszyłam pod prysznic. Ubrałam czarną sukienkę do kolan. Nie była obcisła, nie było to odpowiednie. Na nogi wsunęłam szpilki i zarzuciłam na ramiona sweter. Nałożyłam makijaż i podkreśliłam oczy eyelinerem. Włosy zostawiłam rozpuszczone.
Gdy zeszłam na dół do kuchni napotkałam się na Justina w garniturze. Parzył kawę. Spojrzeliśmy na siebie przelotnie. Chwyciłam kubek z napojem i upiłam łyka.
- Jedziemy? - zapytał.
Nic nie mówiąc złapałam torebkę, kluczę i parasol. Dzisiaj z nieba leciała mżawka, która jakby płakała za Pattie tak samo jak i my. Na cmentarzu byliśmy tylko my, ksiądz i panowie z firmy pogrzebowej. Wszytko szybko mi minęło wraz ze litrem łez, które co po chwile wypływały z oczu.
W drodze powrotnej zostawiłam Justina pod już jego firmą. Pattie miała małą ale dobrze zarabiającą firmę. Ja natomiast gdy byłam już w domu kupiłam bilet powrotny. Nie chciałam dłużej zostać z szatynem. Uważałam, że to może się, że skończyć. Zaczęłam się pakować kiedy w mojej łazienki wszedł chłopak.
- Wyjeżdżasz? - zapytał jakby zawiedziony.
- Tak. Jestem tutaj od ponad trzech tygodni. Niedługo październik. Mam dużo spotkań, na których muszę osobiście się pojawić. Po drugie nie ma sensu dłużej tutaj siedzieć. Muszę wracać. W Nowym Yorku czekają na mnie.
- Mieszkasz w NY?
- Tak. Nie wiedziałeś?
- Nie.. 
Wyszedł oznajmiając, że musi też się spakować bo za kilka godzin również ma lot. Gdy spakowałam już kosmetyki zabrałam się za ubrania. Wtedy zadzwonił mój telefon.
- Bree? Wracasz?
- Tak. Będę na lotnisku około 23:00. Załatwisz mi samochód? - zapytałam Oliviera.
- Jasne. Wszyscy za tobą tęsknią, a ja najbardziej. Widzimy się w poniedziałek?
- Oczywiście, prześlesz mi grafik?
- Nie ma sprawy, w tym tygodniu masz dużo spotkań.
- Już się cieszę - powiedziałam zgodnie z prawdą, chciałam odseparować się od tego wszystkiego co działo się przez kilka ostatnich tygodni. - W poniedziałek musimy wszystko omówić. Chce mieć na biurku wszystkie raporty. 
Porozmawiałam z nim jeszcze parę minut i rozłączyłam się. 


Pożegnałam się z Justinem szybkim przytuleniem i słowem "Na razie". Ruszyłam do wyznaczonego wyjścia.
I znowu poczułam to same uczucie. Szybkość. Czas tak szybko miął. Lot. Jazda do mieszkania. Nie wiem jakim cudem była już 24:00, a ja kładłam się spać.
W niedziele zaprosiłam Mie i spędziłam z nią całe popołudnie szalejąc po sklepach i kończąc na kolacji w Mc Donalds. Max bardzo chciał dostać frytki, więc stwierdziłyśmy, że zjemy razem z synkiem rudowłosej. Dzięki tej dwójce przynajmniej przez chwilę nie myślałam o całej zaistniałej sytuacji. Do apartamentu wróciłam o 21:00 zaraz po tym jak odwiozłam przyjaciółkę do domu. 


Przyszła pora na lunch. Tak bardzo wyczekiwana przeze mnie pora w poniedziałek. Kolejny poniedziałek. Od tygodnia znów jestem w NY i wróciłam do swojego dawnego trybu życia. Razem z Olivierem jedliśmy sałatkę w moim biurze. 
- Co teraz w planach? - spytałam wyrzucając puste opakowanie do śmietnika.
- Spotkanie w sprawie kupna wieżowca. Nie wiem gdzie, ten facet powiedział, że ważne jest tylko by był on w Stanach.
- Sprzedam mu jakieś gówno i będzie wkurzony. Mógł chociaż zdecydować się na jakieś miejsce!
Ruszyłam do sali konferencyjnej poprawiając przed tym moją czarną obcisłą sukienkę do połowy uda. Na stopach miałam tradycyjnie szpilki od Louboutina z czerwoną podeszwą. Otwarłam drzwi o moim oczom nie ukazał się nikt inny jak Justin Bieber w własnej odsłonie.


~.~
Kto się spodziewał?
Taki mega przejściowy rozdział, bo już niedługo...
Nie powiem co!
Jak myślicie?
Podoba się?