piątek, 13 maja 2016

Rozdział szesnasty (II)

Rozdział szesnasty (II)

Stanęłam przy wyjściu, w którym zaraz powinien pojawić się Christian. Samolot z Los Angeles wylądował 20 minut temu. Byłam cała zdenerwowana, nie widziałam bruneta od ponad trzech lat. Jedno jest pewne, nie wydoroślał. Mogę się założyć, że na imprezach nadal łapie partie na jedną noc. Jak to się zawsze tłumaczył - on po prostu nie chce nikogo zranić swoją nie stabilnością w uczuciach. Z jednej strony to bardzo dobre podejście, a z drugiej szkoda mi tych wszystkich lasek, które robiły sobie nadzieję, że on jednak zadzwoni. 
Tak jak przypuszczałam po kilku minutach drzwi otworzyły się, a mój znajomy, czy też stary przyjaciel wyłonił się jako jeden z pierwszych pasażerów. Szukał mnie wzrokiem i chyba nie znalazłby gdybym nie podniosła ręki, i nie pomachała. Chłopak szybkim krokiem podszedł do mnie, upuścił jak mniemam bagaż podręczny, bo była to dość mała sportowa torba, a za nim stała wielka walizka na kółkach i przytulił mnie.
- Mówię ci, w tak zajebistej pierwszej klasie to jeszcze nie leciałem, - wybuchłam śmiechem na jego słowa - a te stewardessy? Takie dupy, że brak mi słów. Ale i tak żadna nie pobije ciebie, moja droga.
Znów się zaśmiałam, nie potrafiąc nic więcej zrobić. Ani trochę się nie zmienił, nadal był tym przezabawnym i oczywiście przystojnym Chrisem, którego poznałam trzy lata temu. Skinęłam głową na torby by mój kierowca zajął się nimi, a my w spokoju mogli porozmawiać. Chłopak na początku dziwnie patrzył na faceta zabierającego jego rzeczy, ale uspokoiłam go lekkim muśnięciem jego ramienia. Powiedziałam tylko, że nie ma się czym przejmować, bo John zabierze jego rzeczy do mojego mieszkania, a ja porywam go na obiad.
- Miło cię wreszcie widzieć, Christian - powiedziałam gdy wychodziliśmy z lotniska.
- Ciebie też, mała - odpowiedział. - No to skoro masz swojego podwładnego to znaczy, że kasy masz jak lodu i nie wzięłaś kredytu na ten wyjazd na Hawaje.
Kolejny już dzisiaj raz wybuchnęłam śmiechem. Boże, jak tego mi było trzeba. Powodu do uśmiechu na twarzy. Tak się cieszę, że przyjął moją propozycje i pojedzie z nami. Nie zna jeszcze Madison i Oliviera, ale jak się można domyślić to bardzo otwarty człowiek. Doskonale wiem, że przy nich będzie zachowywał się dokładnie tak samo. Nie będzie udawał kogoś innego, bo to po prostu dla niego, jak i dla mnie, nie ma sensu. Stanęłam przy swoim czarnym Porsche, a brunet zaśmiał się ze mnie. 
- Zrobić ci zdjęcie czy coś? - zapytał z uśmiechem na twarzy.
- Nie wygłupiaj się tylko wsiadaj - odpowiedziałam pokazując język i otwierając samochód.
Christian z niedowierzaniem na twarzy otworzył drzwi i usiadł na miejscu pasażera dołączając do mnie. Odpaliłam silnik, który wydał przepiękny dźwięk przypominający ryk. Uwielbiałam tego typu pojazdy, które tak głośno, można powiedzieć ryczały.
- Nie no, teraz to już całkowicie mnie zaskoczyłaś Bree, Panamera S? Poproszę taki na urodziny - zaśmiał się i spojrzał na mnie. - Co jest? Co cię tak dręczy?
Czyli jednak mocno to widać. Moja gosposia męczy mnie tymi pytaniami od kilku dni, ale ona zawsze miała miliony niestworzonych pytań do mnie. Myślałam po prostu, że znowu sobie coś ubzdurała i to zwykły przypadek, że jej pytania były dość trafne do sytuacji. 
- Zaraz ci powiem. Najpierw ty powiedz mi to o co cię niedawno poprosiłam.
Skręciłam w poboczną ulice, żeby uniknąć chociaż kawałek korku na Manhattanie, gdybym się w niego wbiła to nie umiem nawet przewidzieć jak długo byśmy w nim stali. Udało mi się przebić przez skrzyżowanie dość szybko i takim oto cudem właśnie parkowałam pod galerią handlową. 
- Idziemy coś zjeść, ale może brakuje ci czegoś? Jakieś ciuchy? Kosmetyki? Może nie spakowałeś czegoś w pośpiechu? W końcu nie dałam ci dużo czasu na spakowanie się - zapytałam lekko zawstydzona.
Chris tylko zaprzeczył skinięciem głowy i krzyknął na cały parking, że marzy o makaronie z sosem serowym. Udaliśmy się więc do włoskiej knajpki na drugim piętrze. Usiedliśmy przy jednym ze stolików i podaliśmy swoje zamówienie kelnerowi. Chłopak cały czas się nie odzywał, co nie było do niego podobne. Ciągle ponaglałam go by zaczął mówić, ale odezwał się dopiero gdy kelner podał nam sok pomarańczowy i odszedł.
- Powiem tak, gdy powiedziałaś mi, że masz dla mnie misje poczułem się jak agent 007 w akcji. Nie obchodziło mnie nawet co to za sprawa bo wiedziałem, że idealnie pasuje do tej roli i nawet jeżeli miałbym grzebać w krowim łajnie wydaje mi się, że bym się zgodził. Jednak gdy powiedziałaś o co chodzi trochę zbiłaś mnie z tropu. Myślałem, że masz już go w dupie. Tak się nad sobą użalał gdy wrócił z NY, mówił, że już o nim zapomniałaś, że potrafisz bez niego żyć. Jednak podjąłem się sprawie, bo jak powiedziałem idealnie pasuje do roli agenta - zachichotałam mimo dość poważnej sytuacji. - Czemu się śmiejesz? Nie widzisz tego w moich oczach? Idealnie pasuje na Bonda. Wracając. Wszystko idzie według twojego planu. Justin zdenerwował się i to nie miłosiernie gdy dowiedział się, że lecę z tobą na Hawaje, jednak wbił sobie do głowy, że ten twój asystent cię posuwa. Nadal mu na tobie zależy, przejmuje się tobą, Bree. Tylko nadal nie rozumiem dlaczego mnie tu ściągnęłaś skoro mogłem ci to powiedzieć przez telefon. 
- Jedziemy na Hawaje, przecież mówiłam.
W tej chwili dostaliśmy swoje zamówienia. Rozmowę przerwaliśmy bo brunet był strasznie głodny, zresztą jak zawsze on. Ciągle coś jadł, a wyglądał zawsze nieprzyzwoicie idealnie. Wbiłam widelec w swoje spaghetti i powoli jadłam jednak nie miałam apetytu. Co swoją drogą jest dziwne, bo przecież wszyscy mówią, że w takiej sytuacji je się za dwóch. Czasem za trzech, ale błagam cie Boże nie rób mi tego. Jestem na wystarczająco złej pozycji, a jak miałabym bliźniaki wtedy w ogóle przestałabym wierzyć, że ktokolwiek czuwa nad losem człowieka.
- To po co kazałaś mi sprawdzać czy nadal mu na tobie zależy? - zapytał chłopak gdy skończył jeść.
- Bo jestem z nim w ciąży.
Christian wypluł sok i szybko wytarł się, żeby ludzie dookoła nas nie zauważyli tego co zrobił. Jednak wyczułam, że nie bardzo się nimi przejmuje. W jego nieobecnym wzroku widać było zdziwienie i to wcale nie małe. Zdecydowanie nie mogę porównać go do mojego wzroku gdy spojrzałam w lustro zaraz po sprawdzeniu testu ciążowego, ale co się dziwić. W końcu to mi wali się świat. Wybacz maluszku, że tak o tobie mówię, ale nie przyzwyczaiłam się jeszcze do myśli o posiadaniu dziecka. 
- Tak na serio? - powiedział z niedowierzaniem.
- Tak, jego plemnik rozwija się w moim brzuchu - szybko odpowiedziałam, bo nie miałam ochoty rozmawiać o całej zaistniałej sytuacji.
Chłopak wstał i usiadł na krześle bliżej mnie. Niepewnie dotknął mojego brzucha i powiedział:
- Że w tym malutkim brzuszku jest mały Justin? - nadal masował moje podbrzusze, a ja poczułam się dziwnie, tak jakby moje dziecko nie miałoby nigdy poczuć dotyku prawdziwego ojca. - To ty się nie przewrócisz kiedy już urośnie? - żartem próbował załagodzić ten mały problem, do którego powoli się przywiązywałam.
Udało mu się mnie rozbawić. Wybuchnęłam płaczem połączonym ze śmiechem. Wyciągnęłam z torebki pieniądze, zostawiłam je na stole i wyszłam z restauracji nie chcąc by ktokolwiek widział moje łzy. Udałam się do łazienki, a po chwili pojawił się w niej też brunet, nie zważając na to, że była to damska toaleta. Usiadłam na zimnych kafelkach, a obok mnie usiadł Christian. Objął mnie silną dłonią i dodawał otuchy co chwila masując po ramieniu. Płakałam w jego koszulkę, ale jemu to nie przeszkadzało. Byłam mu niesamowicie wdzięczna, że jest ze mną w tej chwili.
- Nie puszczaj mnie - poprosiłam cichym głosem.
Chłopak przytulił mnie jeszcze mocniej i pocałował w policzek mówiąc:
- Nie przejmuj się mała, będzie dobrze.

~.~
Czyżby coś się zaczynało pomiędzy tą dwójką?
Kto się spodziewał, że to plan Bree?
Liczę na komentarze :)

wtorek, 26 kwietnia 2016

Rozdział piętnasty (II)

Rozdział piętnasty (II)

Wszedłem do pokoju Christiana bo nie mogłem wytrzymać tych trzasków. Nie wiem co robił, może pakował prezenty w końcu za tydzień mamy święta. Jednak gdy zobaczyłem torbę leżącą na łóżku, a dookoła rozwalone wszędzie ubrania nie miałem pojęcia co się dzieje. Przecież się nie wyprowadza, prawda? Powiedział by mi wcześniej. Jesteśmy przecież jak bracia. Nie zrobiłby mi tego. W tej chwili z łazienki wyszedł chłopak z owiniętym ręcznikiem wokół bioder.
- Ey, bro robisz wyprzedaż świąteczną czy oddajesz ubrania dla potrzebujących? - zapytałem po naprawdę nie miałem pojęcia co się dzieje.
Chris tylko przelotnie na mnie spojrzał, chwycił czarne bokserki i wrócił do łazienki. Usiadłem na krześle pod ścianą i czekałem aż wyjdzie. Wyciągnąłem telefon, żeby sprawdzić, która godzina, ale nie zdążyłem bo chłopak wrócił do pokoju. 
- Co ty odwalasz Christian? - do pokoju weszła też Taylor.
Oboje patrzyliśmy na niego niezrozumiałym wzrokiem. Nie miałem żadnego pomysłu na to co wymyślił. Czasem mu odwala, ale co to ma być?
- Wyjeżdżam - odpowiedział.
Tak po prostu. Powiedział jednym słowem. Nic nie wytłumaczył. Co się tutaj dzieje? Co mu się do cholery stało! Nigdy taki nie był. Dokąd on tak nagle chce wyjeżdżać. 
- Co? Chcesz wyjechać nie wiadomo gdzie kilka dni przed świętami? 
Odpowiedz kurwa na moje pytanie, a nie ciągle wkładasz te głupie ubrania do torby! Nie wiem co mu odbiło. Mieliśmy razem spędzić święta. Tak po przyjacielsku. Oglądać jakieś debilne filmy i popijać wino. W ogóle dlaczego nie powiedział nic wcześniej. 
- Dostałem zaproszenie na Hawaje od starej znajomej. Nie mam zamiaru odmawiać. 
Jakiej kurwa starej znajomej. Chwila Bieber zastanów się. Mamy tych samych znajomych w końcu znamy się od przedszkola. Stara znajoma, która ma w chuj kasy, żeby zaprosić Chrisa na Hawaje by razem spędzić święta. Taka znajoma, która nie do końca mnie toleruje skoro jego zaprosiła, a mnie nie. Kto to może być. Kurwa. Przecież to ona. Bree.
Moje oczy niemiłosiernie się powiększyły, a po minie Christiana mogłem zobaczyć, że on już wie o kim pomyślałem i chyba się nie myliłem.
- Kiedy wyjeżdżasz? - z pytaniem wyprzedziła mnie Taylor. 
- W zasadzie mam za cztery godzinki samolot do Nowego Yorku, a stamtąd jutro wieczorem lecimy na Hawaje... I chciałem spytać cię Justin czy mnie podrzucisz. 
- Jasne, powiedz jak będziesz gotowy - odpowiedziałem bez zastanowienia i wyszedłem z pokoju.
Pojedziemy sami i będę mógł go wypytać czy jedzie z nią, czy z kimś innym. Chociaż szczerze w to wątpię. Kutas mi nie powiedział. Jak mógł mi to kurwa zrobić. A ona? Co sobie wyobraża. Tak po prostu będzie sobie zapraszać mojego kumpla na święta? O co jej do cholery chodzi. 
Wyjąłem z lodówki wodę i usiadłem na stołku przy wyspie w kuchni. I znowu się zaczęło. Przez te kilka tygodni od kiedy wróciłem z NY udawało mi się jak najmniej o niej myśleć. Tylko parę razy się przyłapałem na tym, a teraz co? Przez cały czas do kiedy Chris nie wróci będę się zamęczał pytaniami w stylu co oni tam robią albo dlaczego go zaprosiła. 
Do pomieszczenia weszła Taylor i usiadła obok mnie. Spojrzałem na nią i od razu wiedziałem, że chce o coś spytać. Nie myliłem się.
- Kto to? 
- O co ci chodzi? - powiedziałem nie do końca pewien o co pyta.
- Kim jest ta stara znajoma? Widziałam jak zareagowałeś na te słowa. Po chwili wiedziałeś o kogo chodzi. Kim ona jest? Łączy was coś? Albo łączyło?
I co ja mam ci powiedzieć? "Tak kochanie, chodziło o moją kuzynkę, którą uśmierciłem w rozmowie z tobą. To ta, którą pieprzyłem, aha no i jakieś sześć tygodni temu tez mi się udało ją zaliczyć, a zaraz po tym ci się oświadczyłem." Tak jasne już ci to mówię. Wcale nie dostaniesz szału. 
- Coś ci się wydawało, nie mam pojęcia o kim mówił. 
Spojrzała na mnie z lekko przymkniętymi oczami i zaczęła:
- Słuchaj, nie chce żebyś mnie okłamywał, więc ładnie powiedz kim ona jest, a jak nie to....
- Możemy jechać stary - krzyknął Christian.
Jezusie, dziękuje ci, że mnie uratowałeś bracie. Oby tylko Tay nie drążyła tego tematu jak wrócę. Chwyciłem szybko kluczyki, pocałowałem blondynkę w policzek i ubrałem kurtkę skórzaną. Wbiegłem do windy, która powoli zamykała się wraz z chłopakiem w środku. Zjechaliśmy do garażu w ciszy. Żaden z nas się nie odezwał słowem. Wsiadłem na miejsce kierowcy, a po chwili dołączył do mnie brunet na miejscu pasażera. Wyjechałem z podziemi i wtedy zacząłem:
- Nadal uważasz się za mojego przyjaciela? 
Chłopak spojrzał na mnie nic nie rozumiejącym spojrzeniem. Umiał grać. Właśnie teraz używał tej umiejętności. Wybacz bracie, ale znam cie aż nad zbyt dobrze.
- Wyjeżdżasz sobie z moją byłą, moją kuzynką, na której zależało i zależy mi najbardziej na świecie, i nic mi o tym nie mówisz? Wybacz ale pojebało cie? W ogóle są ten pomysł, żeby zgodzić się na jej zaproszenie? 
Widać było, że nie wie co odpowiedzieć. Dobrze. Zastanów się czy pomyślałeś zanim się zgodziłeś na ten wyjazd.
- Stary, wiem że może głupio wyszło...
- Głupio wyszło? - przerwałem mu. 
- Dobra wyszło źle. Na początku nie chciałem się zgodzić, ale ona nalegała. Poprzedzając twoje kolejne pytanie. Błagała, żebym nic ci nie mówił. Wiem tylko tyle, że bardzo chce o czymś porozmawiać. Nie lecimy sami. Będzie też jakaś jej koleżanka i asystent czy ktoś. 
Uderzyłem ręka o kierownice i dodałem gazu. 
- Wiedziałem kurwa! Ten kutas ją posuwa! Asystent, asystent, nikt więcej. Wyczułem to, ale zapierała się, że nie. 
Mina Christina nie wyrażała praktycznie nic. Nie wiedział chyba co powiedzieć, ja sam nie wiedziałem. No bo co mogłem powiedzieć? Wszystko już jest zapięte na ostatni guzik. Samolot wylatuje za jakieś 2 godziny. Bree będzie czekać na niego na lotnisku. Jutro wieczorem mają lot na Hawaje. Nic nie mogłem zrobić.
- Wybacz stary, ale tak naprawdę ona jest wolna. Może robić co chce, a ty masz narzeczoną. Nie powinieneś wpieprzać się w jej łóżkowe sprawy. Taka jest prawda. I rozumiem to, że się wkurzyła.
Całą drogę na lotnisko już się nie odzywałem. Wszystko co chciałem to powiedziałem. Stanąłem na miejscu parkingowym pod halą odlotów. Wyszedłem z auta i razem z brunet ruszyłem do środka. Gdy chłopak oddał swój bagaż główny i przyszedł czas by udał się na odprawę powiedziałem tylko kilka słów:
- Nie mów jej tylko, że mam kogoś, proszę. 
Christian chwile na mnie patrzył, nie wiedział czy może ją tak okłamać. W sumie była to chyba jego przyjaciółka i rozumiem to. Spędzili ze sobą dwa tygodnie wakacji, co prawda trzy lata temu. Ale to zawsze coś.
- To jeszcze mogę dla ciebie zrobić, bracie - uśmiechnął się.
Uścisnęliśmy się po bratersku, poklepałem go po plecach tak jak i on mnie. Gdy odchodził w stronę odprawy krzyknąłem jeszcze za nim: 
- Pozdrów ją.

~.~
Wyszedł dłuższy, ale mam nadzieje, że to żaden problem dla was.
Co sądzicie o nowym rozdziale?
O czym Bree chce rozmawiać i dlaczego z Christianem? 
Liczę na komentarze!












niedziela, 3 kwietnia 2016

Rozdział czternasty (II)

Rozdział czternasty (II)

*sześć tygodni później*
Wstałam z kanapy i biegiem rzuciłam się do łazienki. Słyszałam jak brunetka biegnie za mną. Podniosłam klapę od toalety i uklęknęłam przed nią. Za chwilę cały zjedzony obiad wylądował w wodzie. Czułam tylko jak Madison kładzie na moim karku zimny ręcznik. Gdy było już po wszystkim usiadłam opierając się o wannę i wycierając papierem usta. 
- Od dawna tak masz? - zapytała ciemnooka.
Spod powieki wyleciała pojedyncza łza, która pociągnęła kolejne za sobą. Wiedziałam co chce powiedzieć, ale sama nie dopuszczałam tej myśli do siebie. To po prostu nie mogło się zdarzyć.
- Od pewnego czasu...
Spojrzała na mnie, podała mi dłoń i pomogła wstać. Umyłam zęby ciągle spoglądając na dziewczynę, która stała oparta o framugę drzwi. Widziałam, że chce coś zaproponować, ale obawiała się mojej reakcji. Mimo że tak długo się nie widziałyśmy to znałam ją wystarczająco by wiedzieć kiedy chce przemówić. 
- Powiedz to co chcesz powiedzieć.
Wyszłam z łazienki, wyłączyłam światło i udałam się do kuchni. Wyjęłam z lodówki butelkę wody i oparłam się o blat. Czekałam aż Madison przemówi, ale nie mogła się przemóc. W końcu się odezwała:
- Myślę, że powinnaś zrobić test.
I tego się obawiałam. Doskonale to wiedziałam, ale nie mogłam się przekonać. Wydaje mi się, że wole żyć w niepewności.
- Też tak myślę, nawet go kupiłam. Tylko, że strasznie się boje.
- Nawet jeśli pokaże te dwie kreski to wiesz, że musisz iść do ginekologa?
Nie odpowiedziałam. Wyjęłam go z szuflady, gdzie trzymałam wszystkie leki. Znów wróciłam do łazienki. Bez słowa zamknęłam się i otworzyłam opakowanie. Trzęsącymi rękoma wyjęłam test i instrukcje. Zrobiłam wszystko według przykładu i wyszłam. Nie miałam zamiaru czekać 20 minut w samotności. 
- I co? - zapytała Mads.
- Czekamy... - odpowiedziałam z załamaniem w głosie.
To była tragedia. Najgorsze kilkanaście minut w moim życiu. Czułam się jakbym czekała na wyrok śmierci. Mimo że jeszcze rok temu chciałabym umrzeć, teraz gdy wszystko się poukładało mogłabym żyć. Wszystko było już tak dobrze. Jak widać długo w moim życiu nie może być kolorowo. Gdy minął czas oczekiwania powoli podniosłam się z fotela. Kolejny już dziś raz weszłam do łazienki.
- Błagam mamo nie pozwól by to się stało... - powiedziałam sama do siebie z nadzieją, że nie jest za późno i mama może coś na to zadziałać.
Podniosłam test z szafki, spojrzałam na niego i wybuchnęłam głośnym płaczem. Rzuciłam go gdzieś w kąt, wybiegłam z pomieszczenia krzycząc niezrozumiałe nawet dla mnie słowa. Złapałam kluczyki od samochodu, torebkę i zjechałam windą do garażu zostawiając zdezorientowaną Madison w mieszkaniu. 
Za kolejne 20 minut weszłam do poradni ginekologicznej. Spojrzałam na te wszystkie kobiety w ciąży i wybuchnęłam jeszcze większym płaczem. Miałam szczęście w nieszczęściu, bo akurat do mojego ginekologa nikt nie czekał. Weszłam tam i czekałam aż usłyszę potwierdzenie lub zaprzeczenie tego chorego testu.

*20 minut później*
- Nie! - krzyknęłam na lekarza rzucając w niego studolarówką. 
Wyszłam z pokoju i szybkim krokiem ruszyłam do wyjścia. Bez żadnego pożegnania wybiegłam trzaskając drzwiami. Odgłos moich szpilek odpijał się od betonowego chodnika. Stanęłam obok samochodu i zaczęłam szukać kluczyków w obszernej torebce. Nigdzie nie mogłam ich znaleźć. W pewnym momencie wszystkie rzeczy wysypały mi się na ziemie. Usiadłam na kolanach nie dbając o to czy moje czarne spodnie pobrudzą się czy przetrą. Zaczęłam zbierać pojedyncze przedmioty wrzucając je z powrotem do miejsca, w którym były. Z oczu kaskadami spływały mi łzy. Nie mogłam ich pohamować. Nawet jeżeli bym się bardzo postarała to wiedziałam, że w tej sytuacji nie mam innego wyjścia niż płakać bez przerwy. Chwytając kluczyki wstałam i wsiadłam do białego Porsche Cayenne S, i nie zapinając pasów wyjechałam z parkingu. To chyba jeden z najgorszych dni mojego życia. Gdyby się zastanowić przebija nawet dnień śmierci moich rodziców, dzień pogrzebu czy dzień, w którym trafiłam do domu dziecka. Przebija też próbę gwałtu przez Ethana i przynosi więcej bólu niż wszystkie cięcia razem wzięte.
Omijałam wszystkie pojazdy na drodze i nie patrząc na żadne ograniczenia prędkości jechałam w jedyne miejsce, w którym będę mogła do bólu wypłakać się nie zwracając uwagi na kogokolwiek. Gdy światła mnie zatrzymały chwyciłam za telefon, na którym miałam trzy nieodebrane połączenia od Oliviera. I tak się złożyło, że akurat znów zadzwonił. Nie myśląc odebrałam pociągając nosem. 
- Cześć Bree. Jest sprawa... - zaczął.
- Potrzebuje wolnego - powiedziałam i ruszyłam zauważając zielone światło.
Byłam coraz bliżej swojego celu. Liczyłam nawet na to, że jakimś przypadkiem wpadnę w pierwsze lepsze drzewo po drodze. 
- Bree, czy ty płaczesz?
- Załatw mi proszę wolne. Chcę odpocząć. Obojętnie gdzie, byle daleko stąd. Tak kup mi cztery bilety na Hawaje. Na 10 dni.
- Gdzie jesteś?
- Jadę na cmentarz.
Tylko tam mogłam wypłakać się i porozmawiać z mamą i tatą. Tego potrzebowałam najbardziej. Choć dobrze wiem, że chciał zapytać mnie o wiele innych rzeczy to umiał się pohamować. Wiedział, że to nie odpowiedni moment.
- Dla kogo te bilety? - zapytał.
- Dla Madison, dla mnie, dla ciebie.
- Bree, dla kogo będzie czwarty bilet?
Zastanowiłam się jeszcze raz czy dobrze zrobię proponując mu wspólny wyjazd. Podjęłam decyzje i uznałam ją za dobrą. Bez zastanowienia powiedziałam jego imię i wyłączyłam się:
- Dla Christiana. Christiana Blacka.

~.~
I co?
Spodziewaliście się, że Bree weźmie ze sobą najlepszego przyjaciela Justina?!
Ktoś spodziewał się ciąży?
Tak wiem, że nie było długo rozdziału.
Przepraszam.

niedziela, 14 lutego 2016

Rozdział trzynasty (II)

Rozdział trzynasty (II)

Siedziałem właśnie nie stołku barowym przy wyspie kuchennej i popijałem białe wino z kostkami lodu. Nie mogłem zdecydować jaki kolor marmuru wybrać do swojego biura. Taylor poleciłaby mi biały lub czarny, ponieważ jest to odcień nowoczesny. Jestem tego świadom jednak nadal zastanawiałem się nad szarym. Dzisiejszego wieczoru zostałem sam w domu. Christian zapewne wróci dopiero na ranem, a Taylor nie wiadomo czy w ogóle wróci. Poszła jedynie na spotkanie z mamą, jednak wiem jak to się zawsze kończy. Teraz zapewne mają milion spraw do omówienia względem naszego ślubu, do którego nie jestem na razie gotowy. Byłem gotowy na oświadczyny, jednak ze ślubem mam zamiar jeszcze poczekać. 
Skoro nadal nie wybrałem marmuru postanowiłem poszukać pracowników. Być może było zbyt wcześnie na takie kroki, jednak kiedyś musiałem się za to zabrać. Napisałem ogłoszenie i udostępniłem je na kilku stronach internetowych. Gdy tak bezsensownie szperałem po wyszukiwarce na jednej z reklam zauważyłem firmę Bree. Szybko wyłączyłem internet i zamknąłem laptopa z hukiem. Nie miałem najmniejszej ochoty na oglądanie jej wyjątkowo pięknej twarzy, która o wszystkim mi przypominała. Spojrzałem na zegarek, na którym widniała 22:55. Nagle usłyszałem trzask zamykającej się windy. Do mieszkania wszedł Christian z krwią na ustach. Nie musiałem nawet pytać o co chodzi i skąd się ona tam znalazła, ponieważ sam z siebie zaczął krzyczeć:
- Tak kurwa mnie urządziła, przez następny tydzień będę mieć opuchnięte usta.
Z rozbawieniem w oczach oglądałem przedstawienie, które wystawiał Chris. Nie wiedział co ze sobą zrobić. Chodził tam i z powrotem po salonie i przeklinał na tą dziewczynę, z którą za pewne dzisiaj był umówiony. Mówiłem mu, żeby ze mną został, ale on wiedział lepiej. Teraz ma, jakby nigdzie nie poszedł to wypiłby sobie drinka spokojnie siedząc na kanapie i podjadając orzeszki, ale on wolał wyjść. Może nauczy się, że mnie warto czasem posłuchać. 
- Spokojnie stary, będziesz wyglądać tylko jak męska dziwka, która za dużo obciągała - wybuchnąłem śmiechem, nie mogłem się już dłużej powstrzymywać.
Christian podleciał do mnie i wyglądał jakby miał mi zaraz przypierdolić. Odsunąłem się od niego i chwyciłem nóż leżący na blacie. Nadal nie mogłem powstrzymać salwy śmiechu.
- Nie żartuj sobie, jakaś mała pizda cię tak urządziła, a na mnie, swojego najlepszego przyjaciela chcesz się rzucać z pięściami. Wszystko wszystkim bracie, jednak obydwoje wiemy, że bić się nie umiesz, także odpuść sobie - wykonałem ruch nożem, który miał przypominać rycerza Jedi z gwiezdnych wojen gdy wyciąga miecz świetlny, jednak wyszło mi to pokracznie.
Po chwili Christian zaczął się uspokajać, kazałem mu usiąść obok mnie, na drugim stołku i wszystko opowiedzieć. Nim zaczął z windy wyszła Taylor, zobaczyła obitą twarz Chrisa, zaśmiała się i tylko rzuciła:
- Poczekaj, jestem ciekawa całej historii, pozwól, że tylko ściągnę buty. 
Biegiem ruszyła do garderoby, słyszałem jak rzuca szpilkami i wróciła do nas. Machnęła ręką na znak, że chłopak może już mówić i otworzyła zamrażalnik.
- Nic specjalnego się nie działo, byliśmy na imprezie, a ja trochę popłynąłem. Ona poszła do toalety, a ja miałem ochotę potańczyć. Zahaczyłem pierwszą lepszą laskę, ocierała mi się tyłkiem, ręce miała niebezpiecznie blisko, wiecie taka partia na jedną noc. Ona to zobaczyła, podleciała, dała mi w pysk ze pięć razy i wybiegła. Nie oszczędzała się i waliła pięścią, dlatego aż tak oberwałem. Szmata jebana. Zniszczyła mi humor i szanse na zaliczenie tej dupy. Odechciało mi się imprezy, tak więc jestem.
Spojrzałem na Tay, a ona na mnie. Wybuchnęliśmy znowu śmiechem, blondynka podała Christianowi lód owinięty w ściereczkę, by przykładał sobie do ust. Szkoda, liczyłem na widok obciągacza przez cały tydzień. 
- Zasłużyłeś sobie - powiedziała odchodząc w stronę sypialni.
- Ale przecież nie byliśmy razem, wiedziała jaki jestem, wiedziała, że nie umiem być wierny. Do cholery ja jej nawet nie zdradziłem - krzyknął za Taylor.
Próbował się wytłumaczyć, jednak w tej sytuacji jednak trzymałem stronę blondynki. Zabrał laskę na imprezę to niech nie zahacza drugiej kiedy ta jest w toalecie. Chociaż kogo ja próbuje oszukać, doskonale wiem jaki on jest. Nie zmieni się z dnia na dzień.
- Zasłużyłeś - odkrzyknęła zamykając drzwi.
Spojrzałem na niego i poklepałem po ramieniu. Wstałem i wyjąłem mu piwo z lodówki. Wróciłem na zajęte wcześniej miejsce i spoglądając na Chrisa, który z jękiem bólu przykładał lód do ust, i policzka upiłem łyk alkoholu. Zastanawiałem się jak urządziła by mnie moja narzeczona, nawiązując muszę się przyzwyczaić do tego słowa, kiedy dowiedziałaby się, że moja "nieżyjąca" kuzynka, z którą się pieprzyłem nadal żyje, a co gorsza nadal ją posuwam. Znaczy posuwałem.
- Ma rację, zasłużyłeś - powiedziałem z udawanym smutkiem na twarzy by jakoś zagaić rozmowę.
- Nie odzywaj się, Bieber. Nie jesteś święty. Jesteś w związku z Taylor, a pieprzysz Bree - rzucił i poszedł do siebie.
Miał racje. Jakim prawem go oceniam skoro ja jestem o wiele gorszy. Mam tylko nadzieję, że pod wpływem emocji, alkoholu lub narkotyków nie przyjdzie mu żaden głupi pomysł by jej o tym choćby wspomnieć. Zabiłbym gnoja, mimo ze jest moim kumplem. Chociaż bez przesady, jednak nie obyłoby się bez skopania mu dupy, być może wyrwania chuja. 
Udałem się do łazienki, wcześniej pozbywając się spodni i bluzki. W wannie w morzu piany leżała Tay. Ściągnąłem bokserki i wszedłem pod prysznic. Tym razem zaczęły mnie dręczyć myśli o tym czy blondynka nie dowie się prawdy. Sprawa Bree i tego co robi spadła powoli na drugi tor. Wydaje mi się, że powoli nauczę się w ogóle nie myśleć o niej, skoro ona potrafi nie myśleć o mnie. To nie może być nic trudnego, prawda? 
- Co cię tak dręczy kotku? - usłyszałem głos dziewczyny oddzielonej ode mnie tylko szklaną szybką kabiny.
Co miałem jej niby powiedzieć? Nie mogłem wyznać prawdy, ale nie chciałem  znów jej kłamać. Na prawdę mi na niej zaczyna zależeć. Myślę, że po powoli wkraczam w stan zauroczenia, może nawet zakochania. 
- Nic ważnego, lepiej powiedz co tam u twojej mamy? - odpowiedziałem spłukując płyn z ciała.
Usłyszałem tylko cichy chichot, tak dobrze mnie znała, a ja znałem ją. Wiedziałem co zaraz powie.
- Justin wiem kiedy coś cię męczy, nie zmieniaj tematu tylko powiedz mi prawdę, proszę.
Wyszedłem z kabiny obwiązując biały ręcznik wokół bioder. Podszedłem do umywalki i zacząłem czyścić zęby. Gdy skończyłem wykonywać codzienną czynność wytłumaczyłem:
- Tay, nie wiem jak ty sobie to wyobrażasz, ale ja nie jestem jeszcze gotowy na ślub. Tak wiem oświadczyłem ci się, nie żałuję tego, ale czy możemy jeszcze poczekać z ceremonią i tym całym sakramentalnym, wielkim "tak"?
- To tak bardzo cię męczy? Skarbie przecież nie będziemy brać ślubu z dnia na dzień po oświadczynach. Sama chciałam ci zaproponować by poczekać jeszcze z kilka miesięcy, byśmy byli gotowi na 100%.
Bogu dzięki za to co powiedziała. Pocałowałem ją w usta i mówiąc "dobranoc" wyszedłem z łazienki i położyłem się na łóżku, wcześniej ubierając czyste bokserki. Chwilę powierciłem się na materacu, a potem wpadłem do krainy snów Morfeusza.

~.~
I co myślicie o tym rozdziale?
Przepraszam za tą długą przerwę, ale miałam problemy ze zdrowiem, dość duże. 
Teraz jest lepiej, nie do końca dobrze, ale lepiej.
Do usłyszenia w następnym.
Liczę na komentarze, które strasznie motywują.

Zapraszam też na moje nowe opowiadanie:
http://everyoneneedslovejbff.blogspot.com/

Oraz na aska, jeżeli macie jakieś pytaniach:
https://ask.fm/WeronikaRubiszewska




















niedziela, 31 stycznia 2016

NOWOŚĆ

Blog nie fanfiction. Będę pisać o wszystkim czego zapragniesz!

http://spelnijmyswojemarzenia.blogspot.com/

piątek, 8 stycznia 2016

Rozdział dwunasty (II)

Rozdział dwunasty (II)

Spojrzałam na papiery przede mną i włączony komputer. Musze podziękować Olivierowi i to bardzo mocno. W tej chwili do pokoju weszła sekretarka pytając o napoje. Poprosiłam o dwie szklanki wody.
- Przepraszam za to drobne spóźnienie.
- Rozumiem, kobieta sukcesu jest wiecznie zajęta. Spokojnie byłem chwilę przed czasem.
Trochę odsapnęłam. Był spokojny i nie zdenerwował się. Mógł odpuścić sobie ten komentarz. Jednak wyczułam, że siła jest po mojej stronie. To zaczynajmy.
- A więc, dlaczego decydował się pan na ten budynek i jaka jest pana wstępna propozycja.
Wpatrywał się we mnie kiedy sprawdzałam pocztę, Olivier wysłał mi SMSa, że mam na niej wszystkie potrzebne informacje. Jestem mu cholernie wdzięczna, bo mimo że ma dużo na głowie to nadal jest w stanie mi pomóc. Jest niesamowity i muszę chyba zaproponować mu podwyżkę. Może nawet z asystenta stanie się wspólnikiem, kto wie. Wracając do sytuacji. White przeczesał włosy, swoją drogą powoli siwiał. Podrapał się po brodzie i rzekł:
- Moja telefoniczna propozycja nie była wstępna i nadal ją podtrzymuje.
Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, jednak pohamowałam się i z moich ust wyleciał jedynie cichy chichot. Tak chcesz się bawić? Dobra, niech ci będzie. Byleś tylko nie wyszedł z tej sali z płaczem i pustym portfelem stary dziadku!
- Panie White, bądźmy poważni. Rozmawiamy o potężnym budynku na Union Street, prawda? - podniosłam brew by pokazać mu, że jego oferta mnie śmieszy, jeżeli jeszcze tego nie zauważył.- Pana propozycja to 50% ceny, której oczekuje. Oboje wiemy jak wzbogaci się pan na tym przedsięwzięciu. Pana propozycja jest wprost nieodpowiednia. Dogadamy się czy nie? Po panu mam jeszcze dwóch klientów na ten budynek, którzy zdecydowanie zapłacą mi wystarczającą sumę.
Oczywiście kantowałam. Nie było żadnych chętnych na ten budynek, oprócz niego i mnie. Jednak skoro da mi tyle to wystarczy. Mam wystarczające dochody. Nie potrzebuje kolejnej firmy na głowie, jednak wiem, że dobrze bym na niej zarobiła. Stąd u mnie taka cena za ten 20 piętrowy wieżowiec. Czekałam na jego odpowiedź, jednak nie pokazywałam tego po sobie. Nadal grałam obojętną klepiąc w klawiaturę jakieś bzdety. Ukradkiem spojrzałam na niego jak sprawdzał coś na telefonie. Może sprawdzał stan konta bankowego, w sumie czemu nie zaproponować mu konta u mnie.
- Niech będzie - usłyszałam słowa, które były jak zbawienie.
Tak, kurwa. Wygrałam. Tego mi było trzeba. Poprawiłeś mi humor, White.
- Wiedziałam, że się dogadamy
Wstałam i on również wstał. Podał mi dłoń, a ja na zakończenie dodałam: "Lubię robić z panem interesy, do następnego razu panie White" i chciałam już wyjść, kiedy coś mnie podkusiło.
- Ah, no i jeszcze jedno. Nie byłby pan, panie White, zainteresowany kontem w moim banku? Moi pracownicy mogą panu zaproponować najlepsze lokaty oszczędnościowe i konto na najniższym oprocentowaniu. W końcu jesteśmy jak dwaj przyjaciele. Mogę o to zadbać.
Jego mina była wprost nieziemska. Wyrażała jedno, tak jakby mówił: "Wystarczająco mnie wycisnęłaś z kasy, odpierdol się ode mnie, młoda." Ah, jak ja lubię bawić się ludźmi. Znaczy wkurzać ich.
- Jest pani taka sama jak pani ojciec. On też lubił naciągać mnie na różne rzeczy, nie mówię oczywiście, że źle na tym wychodziłem. Wręcz przeciwnie. Jednak on też niczego sobie na tym zarobił - o co mu chodzi? Znał mojego ojca? - William był cudownym przyjacielem, nadal po tych czterech latach nie dociera do mnie to co się stało. Wiem, że może być już za późno, ale wcześniej nie miałem jak złożyć kondolencji. Szczerych, nie publicznych, tylko prywatnych. Znam cię Bree od kiedy skończyłaś siedem lat. Nie pamiętasz już jak bawiłaś się z moją córką, Madison?
- To pan? Pan Mason? Jak mogłam zapomnieć! Dawał pan najlepsze cukierki jakie w życiu jadłam. Co u Madison? I u pani White?
Jakim cudem nie skojarzyłam faktów? Spałam u nich co drugi weekend, bo razem z Mads byłyśmy nie rozłączne. Potem poszłyśmy do innych szkół i kontakt się zerwał. Miałam podajże 12 lat.
- Madison nadal cię pamięta, jak powiedziałem, że idę do firmy twojego ojca, znaczy twojej firmy - skinęłam na to jedynie głową, sama nadal mówię, że to jego firma - to kazała mi siłą wydusić od ciebie numer telefonu. Na prawdę zależy jej na spotkaniu z tobą.
- Jasne! Mnie też, bardzo chciałabym zobaczyć co u niej i porozmawiać jak kiedyś. Może nie o tych samych tematach, ale tak jak z przyjaciółką, którą była - sięgnęłam po karteczkę i zapisałam na niej mój numer, podając go dodałam - Niech zadzwoni jak najszybciej.
- Oczywiście przekaże jej. Muszę się już zbierać. - podałam dłoń jeszcze raz chcąc wypaść na dobrze wychowaną, jednak pan Mason doskonale wiedział, że rodzice dobrze mnie wychowali. - Jesteś strasznie podobna do matki. Masz jej oczy i jesteś równie piękna co ona. Zawsze zazdrościłem Williamowi takiej żony jak Ava. Jednak nie pomyśl sobie za dużo, kocham swoją żonę nad życie. Po prostu zawsze ją lubiłem. - Do zobaczenia panie White.
- Do zobaczenia Bree - powiedział i wyszedł.
Jednak teraz totalnie poprawiłeś mi humor. Byłam niesamowicie szczęśliwa, najprawdopodobniej zobaczę się z Madison i znów będę mogła porozmawiać jak z prawdziwą przyjaciółką. Oczywiście miałam Mia'e, ale to nie to samo. Wpadłam do biura Oliviera i nie zważając na to, że rozmawia przez telefon rzuciłam mu się na szyje.
- Bree co się stało? - powiedział rozłączając się z rozmówcą.
- Właśnie zarobiłam mnóstwo kasy, ale to nie istotne. Ten White, to przyjaciel mojego ojca, jego córka, Madison to moja najlepsza przyjaciółka z dzieciństwa i bardzo prawdopodobne, że się spotkamy!
- To cudownie Bree, cieszę się razem z tobą - odpowiedział przytulając mnie mocno.
Wypuścił mnie z uścisku, a ja usiadłam na jego biurku spoglądając w kalendarz. Miał tam zapisane wszystkie moje i swoje spotkania. Był świetnie zorganizowany, jeżeli zostanie moim wspólnikiem trudno będzie mi znaleźć choćby w połowie tak dobrego asystenta jakim był Olivier. Spojrzałam na niego przelotnie wertując karki w poszukiwaniu dzisiejszego dnia. Miał wzrok utkwiony we mnie, tak jakby próbował zobaczyć o czym myślę i co mam w głowie.
- Coś się stało Bree? - w końcu zapytał, byłam pewna, że to zrobi.
- Nic ważnego - wstałam i ruszyłam do swojego gabinetu - Za 20 minut muszę być w drugiej firmie, spadam. Do zobaczenia na lunchu.
Wyczuł, że jest coś nie tak jednak nic się nie odzywał. Byłam dozgonnie wdzięczna, znowu. Wychodząc powiedziałam jeszcze parę krótkich, a jakże ważnych zdań:
- Gdyby dzwonił pan Bieber, nie przekierowuj go do mnie. Bez względu jak bardzo będzie mu zależało. Powiadom o tym sekretarki. Jeżeli będzie chciał się spotkać, powiedz, że ja nie mam czasu na tak nieistotne spotkania i jedyne co mogę zaproponować to spotkanie z tobą, bo szczerze wierzę, że miało to być spotkanie czysto biznesowe. Przekaż mu również, żeby więcej nie nachodził mnie w domu i gdziekolwiek indziej, bo nie chcę go widzieć na oczy.
I wyszłam, zostawiając oszołomionego Oliviera zapisującego moje słowa na kartce.


~.~
I co myślicie o tym rozdziale?
Teraz parę będzie pisanych tak jak kiedyś.
Jeden o Justinie, jeden o Bree.
Szczerze odpowiedzcie mi na te kilka pytań, proszę:
1. Wolicie rozdziały o Bree, czy Justinie?
2. Czego oczekujecie w opowiadaniu (wiem, że to moja inwencja twórcza, jednak zależy mi na tym by dowiedzieć się jak wy widzicie dalsze losy bohaterów)
3. Co myślicie o tym rozdziale?

Zapraszam też na moje nowe opowiadanie:
http://everyoneneedslovejbff.blogspot.com/

Oraz na aska, jeżeli macie jakieś pytania:
https://ask.fm/WeronikaRubiszewska










czwartek, 31 grudnia 2015

Everyone deserves happiness

Zapraszam na moje nowe opowiadanie
Mam nadzieje, że przypadnie wam do gustu



Leah to siedemnastolatka, która z pozoru ma wszystko. Dom, rodzinę, chłopaka, pieniądze. Jest popularna w szkole i dostaje wszystko o czym tylko zamarzy. Brakuje jej jednak kogoś z kim mogłaby porozmawiać o wszystkim. Brakuje jej prawdziwego przyjaciela. Oczywiście zawsze może liczyć na rodziców, z którymi ma bardzo dobry kontakt. Wolałaby znaleźć przyjaciela, prawdziwego. Z pozoru zwykła nastolatka, jednak wie jak to jest być na dnie i nie mieć niczego. Chodzi do drugiej klasy liceum. Jest pewna siebie, otwarta i uwielbia pomagać innym. Mieszka w Nowym Yorku, ale pochodzi z Londynu skąd u niej brytyjski akcent. Ludzie wokół niej udają przyjaciół, są zwyczajnie o nią zazdrośni. Gdy spotka chłopaka ze swojej szkoły, ale nie z jej sfery wszystko się zmieni. "Przyjaciele" będą ją ostrzegać przed pośmiewiskiem, ale dla niej nie będzie to specjalnie ważne. Jak potoczą się jej losy?


http://everyoneneedslovejbff.blogspot.com/