niedziela, 12 lutego 2017

Rozdział dwudziesty siódmy (II)

Rozdział dwudziesty siódmy (II)

Leżałam pochłonięta błogim snem, w którym nie miałam żadnych zmartwień. Wszystko w moim życiu było poukładane i kolorowe. Nie musiałam przejmować się rozmową, która niedługo nadejdzie. Mam tu na myśli wieczorną rozmowę z Olivierem. W śnie byłam prawdopodobnie odrobinę starsza. Trzymałam na rękach moje dziecko, a za pleców powoli pojawiała się pewna postać. Nie bałam się. Czułam się pewnie. Wiedziałam, że nic mi się nie stanie. Nie wiem jednak kim ona była, ponieważ o 9:00 usłyszałam dźwięk budzika w telefonie. 
Wstałam i udałam się do łazienki. Zabrałam ubrania uszykowane zeszłego wieczoru i zdecydowanym krokiem wyszłam z pokoju. Z kuchni unosił się zapach bekonu i naleśników. Poczułam jeszcze jajecznice. Wtedy uświadomiłam sobie, że jestem nadal w mieszkaniu Justina, który teraz szykuje śniadanie. Na mojej twarzy automatycznie pojawił się uśmiech. Olivier nigdy nie zrobił mi śniadania. Dobra, może mam gosposie, ale gdyby chciał to mógłby to zrobić. 
Przestałam o tym myśleć i weszłam do toalety. Ubrałam na siebie czarną, dość szeroką sukienkę z długimi rękawami. Sięgała mi ona do połowy uda. Zdecydowanie najwygodniejsze ubranie w trakcie ciąży to luźne sukienki. Pod spodem miałam komplet bielizny od Calvina Kleina. Najlepsze rozwiązanie. Stanik sportowy, którego w dodatku nie widać pod akurat tą elegancką sukienką. Wszyscy na około myślą sobie "patrz, mimo że spodziewa się dziecka to nadal jednak potrafi być profesjonalna i ubiera się odpowiednio do swojego stanowiska", kiedy ty masz na sobie sportowy biustonosz. Zrobiłam szybko delikatny makijaż, a włosy spięłam w wysoką kitkę. 
Wyszłam z pomieszczenia i moje nogi same zaprowadziły mnie do kuchni. Przy wysepce siedział szatyn i zajadał się naleśnikami. Na blacie stały dżemy, sery, warzywa i jak już wcześniej wspomniałam jajecznica, a obok bekon. Do wyboru do koloru. Stanęłam jak wryta i nie wiedziałam co wybrać. Justin podrapał się po karku zawstydzony i powiedział:
- W sumie to nie wiedziałem na co możesz mieć ochotę. Bo w zasadzie nigdy nie robiłem śniadania dla kobiety w ciąży... Wstałem odrobinę wcześniej i zrobiłem zakupy. Wiesz, kupiłem jakieś ogórki, nutelle i inne takie bzdety. Trochę mi w sumie teraz głupio, bo nie wiem czy znajdziesz coś dla siebie...
Z uśmiechem wpatrywałam się w zakłopotanego Biebera i prawie wybuchłam śmiechem kiedy zaczerwienił się na końcu ze wstydem. Podeszłam do niego i przytuliłam delikatnie.
- Wszystko jest idealnie. Nie spodziewałam się, że zapragniesz spełniać zachcianki ciążowe. To słodkie, dziękuje.
Podeszłam do blatu i wybrałam sobie coś do jedzenia. Usiadłam obok niego i uśmiechnęłam się chcąc dodać mu trochę otuchy. Ciągle siedział i nie przypominał mi Justina, którego znam. Nie chciałam jednak go wypytywać, jak będzie chciał to powie. 
Po zjedzonym śniadaniu złapałam szybko swój płaszcz, założyłam szpilki i razem z szatynem udaliśmy się do garażu. Wsiedliśmy do jego samochodu. Bieber nadal był nie swój więc tym razem postanowiłam spytać:
- Hej - dotknęłam ręką jego kolana. - Co ci jest?
Chłopak spojrzał na mnie i nieszczerze się uśmiechnął paplając, że wszystko jest dobrze. Zapytałam więc jeszcze raz, a on uświadomił sobie, że raczej nie popuszczę tego tematu.
- Po prostu pierwszy raz zobaczę swoje dziecko, to trochę stresujące, nie uważasz?
Uśmiechnęłam się i wręcz nie wiedziałam co powiedzieć. Odwróciłam głowę w stronę okna, ale jednak ponownie położyłam dłoń na jego nodze i poklepałam pragnąc go trochę pocieszyć. Do samego końca drogi nie odzywaliśmy się już do siebie. Dopiero kiedy wysiadałam pod wielkim budynkiem szpitalnym podziękowałam mu za otworzenie drzwi i lekką pomoc przy wysiadaniu. W końcu miałam na sobie szpilki, a jego samochód był dość niski. 
Kiedy weszliśmy do pomieszczenia, w którym znajdowały się prywatne gabinety podeszłam do lady i poprosiłam recepcjonistkę o swoją kartę. Razem z Bieberem usiedliśmy na krzesełkach przed pokojem 1297. Był to ogromny szpital, a my znajdowaliśmy się dopiero na pierwszym piętrze. Nie ma się co dziwić, w końcu to Nowy York. Kiedy nadszedł już czas by wejść do środka, szatyn jeszcze raz zapytał czy ma ze mną tam iść. Był blady na twarzy i nie wiedział, w którą stronę patrzeć. Chwyciłam go za strasznie zimną dłoń i weszliśmy razem do pomieszczenia.
- Witam pannę Johnson - odezwał się mój lekarz i podniósł wzrok. - Oh, kogo moje oczy widzą. Czy to pan jest ojcem tego stworka?
Dr. Scott spojrzał na Justina i automatycznie się uśmiechnął. Zawsze przychodziłam tutaj sama i nigdy nie chciałam za dużo mówić na temat ojca dziecka. Wymyślałam historie o wyjazdach służbowych i inne bzdety. Doktor podpisał klauzule i nie mógł mówić nikomu o moim stanie zdrowia. Oczywiście nie mógł rozmawiać o tym skoro przyjął przysięgę lekarską, ale moi prawnicy wymagali tego od każdej osoby przebywającej w moim towarzystwie.
- Ju... Justin Bieber - przedstawił się.
Widać było po nim, że jest zestresowany. Nie wiem co go tak wystraszyło, ale wydaje się to słodkie, że aż tak się tym przejmuje. 
- Dobrze Bree, ubierz się w twoją ulubioną płachtę i usiądź na fotelu.
Miałam z nim dość dobry kontakt. Często żartowaliśmy sobie o tych wszystkich dziwnych maszynach i śmiesznych ubraniach dla pacjentów. Kiedy jeszcze miałam mieszane uczucia co do tego dziecka przychodziłam do niego tylko po to by sobie pogawędzić. 
Po chwili siedziałam na wyznaczonym miejscu, a Justin stał obok mnie. Mimo, że nie prosiłam go o to by chwycił mnie za rękę, on to zrobił. Doktora trochę to rozbawiło, zresztą mnie również. Zachowywał się jakbym co najmniej zaczęła rodzić. Mam nadzieję, że kiedy to już nastąpi będzie on chociaż cokolwiek mówił. Moje przemyślenia przerwał dźwięk unoszący się z głośników. Usłyszałam to po raz pierwszy i zakochałam się od razu. Widząc minę szatyna był on zdezorientowany, a w oczach widać było zaciekawienie.
- Czy.. Czy to serce? - zapytał.
- Tak jest panie Bieber. To bicie serca tego maluszka. Wygląda na to, że wszystko dobrze. Czuje się świetnie u mamusi pod serduszkiem. Czy chcecie poznać płeć?
Spojrzałam na chłopaka, który jak oczarowany wpatrywał się w ekran maszyny. Po chwili nasze wzroki się skrzyżowały i wiedziałam już co kręci się po jego głowie. Jedynie skinęłam mu głową.
- Chcemy - usłyszałam z jego ust kiedy mocniej ścisnął moją rękę.
- Spójrzmy, wygląda na to, że....

~.~
I co myślicie? Dziewczynka czy chłopiec?
Co byście chcieli?
Przepraszam za lekkie opóźnienie, ale najważniejsze jest, że już się pojawił.
Prawda?
Pozdrawiam was serdecznie.

środa, 1 lutego 2017

Rozdział dwudziesty szósty (II)

Rozdział dwudziesty szósty (II)

Usiadłam na wygodnym fotelu w swoim samolocie i poprosiłam o szklankę wody gazowanej z cytryną i sałatkę z kurczakiem. Obok mnie siedział śpiący jeszcze Justin. Nasz lot trwa dosyć długo, ale nie są to takie godziny jak ze Stanów do Europy. Powoli zbliżaliśmy się do lotniska w NY.
Ostatnie dwa dni spędziliśmy na spotkaniach służbowych, ale nie zmienia to faktu, że mieliśmy dużo czasu wolnego, w którym opowiadaliśmy o tym co działo się w naszym życiu przez te trzy lata. To niesamowite, że znam go już prawie cztery lata, ale nie widziałam go przez całe trzy.
Chciałam wybrać się do Christiana skoro byłam już w Kalifornii, ale niestety nie było go w Los Angeles. Między innymi dlatego wybrałam się na kolacje z Justinem w zeszły wieczór. Szatyn poruszył na nim temat naszego życia po urodzinach dziecka. Jednak nie chciałam o tym rozmawiać. Zdaje sobie sprawę, że nie ominie mnie ten temat. Wole jeszcze trochę pożyć w swoim starym, ale nie zawsze szczęśliwym życiu.
Skoro już to zaczęłam to skończę. Czas pomyśleć o nim. Olivier. Chcę dać mu jeszcze jedną szanse. Każdy na nie zasługuje.
- Długo jeszcze? – zapytał chłopak obok mnie.
Nawet nie zauważyłam kiedy się obudził, a musiało to być jakiś czas temu, bo zdążył zjeść połowę mojej sałatki.
- Z tego co pokazuje iPad lądujemy za 25 minut.
Justin jedynie się uśmiechnął i skomentował moje jedzenie jako bardzo dobre.
Kiedy wracaliśmy do apartamentu Biebera jego nowym samochodem i miałam okazje porozglądać się po zatłoczonych ulicach Nowego Yorku uświadomiłam sobie, że to naprawdę mój dom i mimo że nie było mnie tutaj tylko dwa dni to stęskniłam się za tym pięknym miastem.
Moje pałaszowanie wzrokiem skończyło się kiedy wjechaliśmy do podziemnego parkingu. Szatyn stanął obok mojego Cayenne S, które zaparkowałam tutaj dwa dni temu.
- Jest już późno. Powinnam wracać do domu. Jestem zmęczona.
Justin wyszedł z samochodu i wyciągnął bagaże.
- Pozdrów Oliviera – powiedział ze smutkiem w oczach.
Poczułam to samo. Smutek, bo wiem ile go to musiało kosztować. Nie wiem czy gdybym była na jego miejscu zrobiłabym to. Czasem jednak jest to człowiek warty podziwiania za jego zachowanie. Mimo że jesteśmy w sytuacji w jakiej jesteśmy on chcę się ze mną przyjaźnić, bo go o to poprosiłam.
Spojrzał na mnie i wiedziałam, że chce coś powiedzieć, ale się wacha. Ponaglałam go mówiąc, że nie będę się śmiać, a on posłał mi szczery uśmiech i zaczął:
- Po prostu pomyślałem, że skoro jesteś zmęczona, a jutro rano i tak mamy iść do lekarza… O ile jeszcze mogę z tobą pójść… To dlaczego nie miałabyś zostać u mnie… Ale nie, to był głupi pomysł. Przepraszam.
Kiedy to powiedział poczułam coś takiego jakby jakiś ciężar ze mnie spadł. Nie czułam go wcześniej, ale teraz poczułam się lżej. Nie mam ochoty dzisiaj rozmawiać z Olivierem, a jestem pewna, że czeka na mnie w apartamencie. Po prostu porozmawiam z nim jutro… po pracy… wieczorem?
- Nie Justin, znaczy tak. Znaczy nie jest to głupi pomysł i tak, chętnie zostanę.
Uśmiechnął się szczeniacko i ruszył z walizkami do windy. Kiedy weszliśmy do mieszkania od razu ruszyłam do lodówki. Nic nie zjadłam, bo moja sałatka została pożarta w całości przez tego pana obok. Po chwili chłopak wyjął z pułki wino i spojrzałam na niego wściekłym spojrzeniem. Powiedziałam mu ostatnio, że mam na nie ostatnio ogromną ochotę, ale przecież nie mogę. W odpowiedzi usłyszałam tylko głośny śmiech i dźwięk dzwonka do drzwi. Oboje byliśmy zdziwieni, bo Justin powiedział, że nikogo nie mógłby się jeszcze spodziewać, mało osób tu zna. Przez chwilę miałam ochotę go zatrzymać siłą i nie pozwolić otwierać, bo bałam się, że może to być Olivier, ale pohamowałam się i schowałam za ścianką korytarza.
- Co ty tu kurwa robisz? – usłyszałam głos chłopaka.
Wyjrzałam za ścianki, ale doskonale wiedziałam, że mnie nie widać. Idealne miejsce do podglądania. Nawet z kuchni i salonu ciężko byłoby mnie zauważyć.
- Kochanie… - usłyszałam pijany kobiecy głos.
- Wyjdź stąd – powiedział ostro Justin kiedy ktoś wszedł do apartamentu.
- Ja cię kocham. Ja ci wszystko wybaczę. Wszystko rozumiesz? Będzie tak jak było, zobaczysz!
Dziewczyna obróciła się. Teraz mogłam zobaczyć jej twarz i mnie wręcz zamurowało. Oto Taylor, była narzeczona ojca mojego dziecka. Hah, jak to brzmi. Niczym brazylijska telenowela. Wyszłam za rogu, bo w końcu nie miałam przed kim się ukrywać i zamierzałam pomóc, wiedziałam, że nie chcę on jej widzieć na oczy.
- Justin, wszystko w porządku? – powiedziałam i stanęłam za nim, objęłam go ramionami wokół brzucha.
- Co robi tu ta suka!
Zaśmiałam się na jej słowa. Nie przeszkadza mi to już. Nie po tym jak słyszałam to tyle razy ostatnio z ust Oliviera. Chwyciłam za róg koszuli chłopaka i szczerze miałam w głowie tylko myśli by zrobić to tylko żeby ta blondyna się odczepiła. No może prawie szczerze.
Podniosłam koszulę i włożyłam pod nią dłonie. Poczułam jak szatyn się spiął, a pod moimi dłońmi wyczuwalne były dość imponujące mięśnie. Taylor patrzyła na moje dłonie, które jeździły bez celu bo skórze chłopaka, która swoją drogą pokryła się gęsią skórką, kiedy on chciał wyprosić ją grzecznie z domu. Po chwili byłam już znudzona jej obietnicami wybaczenia i podjęłam temat sama:
- Słuchaj mnie kochanie. Historia lubi się powtarzać, teraz jednak to ty jesteś na moim miejscu. Ty przychodzisz do mieszkania swojego byłego chłopaka i znajdujesz w nim jakąś dziewczynę. Po prostu się poddaj i wyjdź, bo ja z tobą wygrałam, ale ty ze mną nie wygrasz, kochana.
- Jesteś ździrą.
Kiedy to powiedziała nic mnie nie ruszyło, ale za to Justin ruszył na nią. Nie wiem co chciał zrobić, ale go zatrzymałam. Grałam dalej w swoje przedstawienie. Przytuliłam go, tym razem od przodu. Chwyciłam jego długie włosy. Delikatnie musnęłam jego czoło stojąc na palcach i poprosiłam żeby się uspokoił.
- Nie skarbie. Ty nią jesteś. Przyjechałaś tutaj, nawaliłaś się, zapewne dałaś dupy i teraz przychodzisz błagać go na kolanach żeby ci wybaczył. Jak nisko trzeba upaść? No powiedz mi. Jesteś zwykłą dziwką. Od początku waszego związku zgodziłaś się na seks bez zobowiązań. To nawet nie był związek, a siedziałaś w tym tak długo. Jaka normalna, szanująca się kobieta zgodziłaby się na takie coś? Myślałaś, że on cie kocha? Nigdy cię nie kochał. Wiesz skąd to wiem? Bo dzień, pierdolony dzień, przed tym jak ci się oświadczył pieprzył się ze mną. Nie z tobą. To mnie rano przywitał ze śniadaniem i zdaniem "witaj, kotku". To o mnie się teraz troszczy. To ze mną będzie miał dziecko. Zrozum tępa idiotko, że to dla mnie rzucił wszystko i przeprowadził się do Nowego Yorku! Bez cienia zwątpienia był gotowy cię zostawić i wrócić do mnie, zaraz po tym jak przyjechałam do LA. Jesteś nic nie wartą szmatą, więc nie nazywaj mnie ździrą, ździro. I wynoś się z tego mieszkania, albo wyjdziesz stąd z pomocą kogoś innego, a przy okazji ze zdeformowanym tym swoim wielkim nosem. 
Chciała się na mnie rzucić ale potknęła się o własne nogi i upadła na ziemie. Wstała i chwyciła wazon, którym zapewne planowała we mnie rzucić. No ale cóż, znowu się jej nie udało. Uderzyła ręką o ścianę, nie wiem w jakim celu. Przewróciła trzy krzesła przy wyspie kuchennej, wzięła butelkę whiskey z barku i wyszła trzaskając drzwiami i krzycząc na cały korytarz:
- To koniec.
Spojrzałam na Justina, który miał minę jakbym miała conajmniej 3 głowy. No co, jak się wkurzę mówie co myśle. Zaznaczyłam swoje terytorium. 
Chwila. Przecież, nie... Nie... To co mowiłam, nie.. On nie może mnie kochać, ja mam kogoś. Nie. 
Wróciłam jednak do myśli o Taylor. Nie chce się tym zamęczać i jeszcze chwile potriumfować swoje zwycięstwo. Jedynie się zaśmiałam, bo co innego mogłam zrobić. Dobrze, że wreszcie sobie uświadomiła jaka jest prawda. Może po prostu to ona chciała rzucić, a nie zostać rzuconą?

~.~
Smutno wam z powodu Taylor?
Mnie osobiście podoba się przemowa Bree na koniec.
Co myślicie?
Pozdrawiam was serdecznie.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Rozdział dwudziesty trzeci (II)

Rozdział dwudziesty trzeci (II)

Nie mogę wyjść z samochodu. Siedzę już tutaj jakieś pół godziny. Jak jakaś idiotka płaczę na parkingu podziemnym w moim apartamentowcu. Po prostu nie chcę wyjść. Olivier prawdopodobnie jest u mnie z dzisiejszym raportem. W końcu nie byłam dzisiaj w ogóle w firmie, mimo że obiecałam mu, że nie zajmie mi to aż tyle czasu. Umówiliśmy się też na kolacje wieczorem, więc są dwa powodu dlaczego miałby być w środku. 
Szczerze nie wiem dlaczego płaczę. Nie spodziewałam się, że możemy mieć taki dobry kontakt. Chciałabym żeby tak zostało. Boje się jednak, że nie damy rady. Próbowaliśmy już i wyszło jak wyszło. Zawsze znaleźliśmy drogę do swoich łóżek. Tym razem jednak tak nie może być. Jestem z Olivierem, kocham go i Justin też niedługo kogoś sobie znajdzie. Przykro mi, że przeze mnie musiał zostawić Taylor, ale z drugiej strony czuje ciepło na sercu kiedy wiem, że nie jest już z nią. Nie polubiłam jej jakoś. Może jest to spowodowane sytuacją w jakiej ją poznałam, ale mówi się trudno. Na pewno nie będę jej za coś przepraszać. Nie mam jej nic do powiedzenia. 
Otarłam chusteczką oczy. Poprawiłam szybko makijaż w lusterku i wyszłam z samochodu. Po kilku minutach byłam w swoim mieszkaniu.
Przywitałam się z Marthą, która powiadomiła mnie, ze Olivier jest w sypialni. Ze strachem ruszyłam w tą stronę. Znowu nie wiedziałam dlaczego. Dlaczego się bałam? Weszłam do środka, a chłopak siedział na fotelu zwróconym do okien, za którymi widać było prawie cały Manhattan. Dostrzec mogłam apartamentowiec Justina. 
Blondyn siedział i nie odwracał się. Nie wiedziałam co mam zrobić, jak się do niego odezwać, więc skierowałam się do garderoby, żeby się przebrać i uszykować do kolacji. Umówiliśmy się z rodzicami mojego chłopaka na godzinę 19:30, więc została mi niecała godzina. 
Przebrałam się w czarną, luźniejszą sukienkę do połowy ud. Na stopy założyłam idealne, najbardziej wygodne szpilki w mojej garderobie. Jedne z moich Louboutin w kolorze czarnym z kokardką przy kostce, oczywiście z czerwoną podeszwą. Włosy rozpuściłam z warkoczy i wyprostowałam. Wykonałam troszkę mocniejszy makijaż. Oczy pomalowałam czarnym eyelinerem, a usta czerwoną szminką. Niby nie byłam dzisiaj w pracy, ale chyba nie ma dnia kiedy nie muszę ubierać się elegancko. Jednak nie przeszkadza mi to. Lubie ubierać koszule, sukienki, spódnice i eleganckie spodnie. Kocham swoje szpilki. Wiem doskonale, że jest to może egoistyczne, snobistyczne czy niektórzy uznają to za materialistyczne, jednak uwielbiam swoją kolekcje torebek, butów czy sukienek. Wybrałam kopertówkę od Chanel i weszła z powrotem do sypialni. Blondyn siedział dokładnie tak samo jak wcześniej. Był ubrany w czarny garnitur, jak mogę zgadywać od Ralph'a Lauren'a, Postanowiłam się wreszcie odezwać:
- Skarbie? Wszystko dobrze? - podeszłam do niego i pogłaskałam po ramieniu.
Nie odezwał się, wstał i sztucznie się uśmiechnął.
- Tak, jesteś gotowa? Rodzice już pewnie czekają.
Nie mówiłam już nic, ruszyłam za nim prosto do windy. Drogę do garażu pokonaliśmy również w ciszy. Olivier przyjechał do mnie swoim Maybachem Exelero. Jego rodzice byli dosyć bogaci i nigdy do końca nie dowiedziałam się dlaczego chciał pracować dla mojej mamy, a potem dla mnie jako asystent. Okey, nie jest to jakiś zwykły asystent i zarabia nie małe pieniądze, ale z jego wykształceniem mógłby być kimś naprawdę ważnym. Nie wiem też dlaczego nie pracuje w firmie jego rodziców.
Kolejną sprawą moich przemyśleń była firma Justina. Skończył biznes międzynarodowy. Powiedział mi, że ma dobry pomysł na rozwinięcie firmy. Spytał mnie czy mój bank zajmie się jego finansami, a że się na to zgodziłam to miałam wgląd w jego pieniądze. Wiem, że zainwestował w informatyków i niedługo mam mu pomóc podpisać parę kontraktów partnerskich. Muszę też zadzwonić do moich architektów. Chłopak, który jest ojcem mojego dziecka, a teraz przyjacielem potrzebuje moich znajomości, a ja z przyjemnością mu pomogę. Planuje mu zaproponować współprace, dlatego w szufladzie w biurze chowam przed światem umowę z Bieber's Company. 
- To tutaj, wychodzisz? - zapytał Olivier, kiedy zaparkowaliśmy pod jedną z najlepszych restauracji na świecie.
Restauracja Per Se w Nowym Yorku jest na 5 miejscu według magazynu Forbes, a najlepsza według New York Timesa. Rodzice blondyna znają właściciela, więc udało im się zarezerwować stolik z dnia na dzień. Uśmiech pojawił się na mojej twarzy gdy poczułam cudowny zapach zaraz po wejściu do pomieszczenia. Oddałam płaszcz kelnerowi, blondyn chwycił mnie za dłoń i ruszyliśmy w stronę jego rodziców. Przywitaliśmy się i usiedliśmy. Rozmowa była jak zwykle normalna. Lubiłam to, że może są to profesjonalne i poważne osoby, ale w gronie znajomych to zwykli ludzie. Na początku byli oni przeciwni naszemu związkowi. Wiedzą oni, że jestem w ciąży z kimś innym. Dziwie się, że dziennikarze jeszcze nie podjęli tematu ojcostwa Oliviera. W zasadzie żadna gazeta nie pisała kto jest ojcem. 
- Bree kochanie, a co u ciebie w pracy? Jakieś nowe wyzwania? - zapytała pani Buts.
- Planuje podjąć się nowej współpracy. Mój przyjaciel otwiera firmę i chcę mu pomóc. Możecie się więc spodziewać nowego lidera w programach informatycznych. Będą to ogólnie programy bezpieczeństwa - uśmiechnęłam się i to samo zrobił Olivier.
Wiem, że był ze mnie dumny. Wiem też, że nie wiedział teraz do końca o co chodzi, zazwyczaj o wszystkim mu mówię.
- Oh kochanie, to cudownie. Jeżeli będzie jak mówisz, być może i nasza firma podpisze z nim współprace. Zdradzisz nam nazwę firmy? Lub chociaż nazwisko twojego przyjaciela, który już zapewne będzie znany nie tylko w Nowym Yorku. 
- On jeszcze myśli nad wybraną nazwą, ale będę próbowała przytrzymać go przy Bieber's Company.
W tym momencie Olivier zakrztusił się wodą i wstał od stołu wycierając usta serwetką.
- Przepraszam, źle się czuje. Lepiej wrócę do domu.
I wyszedł. Bez słowa. Również wstałam, przeprosiłam państwa Buts i ubierając szybko płaszcz wyszłam na parking. Blondyn opierał się o maskę samochodu i głęboko oddychał. Widziałam jak jego barki unoszą się. Miał na sobie jedynie białą koszule, ponieważ marynarkę, którą zabrałam, zostawił na krześle. Podeszłam i podałam mu ją:
- Ubierz się, będziesz chory.
On jedynie chwycił ją i rzucił na siedzenie.
- Mam dosyć! Rozumiesz?! Jest tutaj tylko jeden dzień, a nie mogę go zdzierżyć. Nawet go jeszcze na oczy nie widziałem, a już nim rzygam! Dlaczego mi nie powiedziałaś! Dlaczego to ukrywasz!
Próbowałam go przytulić, ale mnie odpychał. 
- Uspokój się, proszę. To tylko mój przyjaciel. To ciebie kocham!
Odsunął się, otworzył drzwi od strony pasażera i czekał aż wsiądę:
- Przepraszam.
Nie potrafiłam jednak uwierzyć w szczerość jego słów.

~.~
Co tu się dzieje! Kłócą się! 
Podoba się?Co myślisz?
A jednak chłopcy się nie spotkali.
Następny mam nadzieje was zdziwi, nie wiem tylko czy pozytywnie. Nie mogę się doczekać, aż przeczytacie kolejny rozdział!
Jakieś pytania? Chętnie odpowiem.
Jesteście bardziej za shipem Justin i Bree czy Olivier i Bree
Jak to nazwać? Brestin? Brustin? czy Brivier? Blivier?

Rozdział dwudziesty czwarty (II)

Rozdział dwudziesty czwarty (II)

Wczoraj Olivier zostawił mnie pod apartamentowcem i pojechał do siebie. Uważał, że musi ochłonąć. Ja zresztą uważałam, że to cudowny pomysł. Jako, że Martha od niedawna mieszka ze mną mogłam wypłakać się na jej ramieniu. Powiedziałam jej, że nie chce by blondyn robił takie sceny z powodu Justina. Zwierzyłam się z tego, że cieszę się z takiego, a nie innego kontaktu z ojcem mojego dziecka. Wypiłyśmy butelkę szampana dla dzieci, bo przecież nie mogłam pić alkoholu. Zjadłam cudowne naleśniki z czekoladą, a potem ogórki kiszone, płacząc na czarny blat wyspy kuchennej.
Dzisiaj nie widziałam jeszcze Oliviera i nie spodziewam się go dzisiaj w biurze. Wyszłam z windy na ostatnim piętrze i skierowałam się do gabinetu, po drodze jak codziennie dostałam parę dokumentów od sekretarki i codzienne gazety. Usiadłam w swoim skórzanym fotelu i poprosiłam o miętową herbatę. Wyjęłam telefon z torebki i zdjęłam pod biurkiem szpilki. Nie mam dzisiaj żadnych spotkań, więc nie muszę wychodzić przez najbliższe kilka godzin ze swojego azylu. Zaraz po tym jak dostałam swój napój chwyciłam New York Timesa i dostałam zawału. Nagłówek głosił:
Pani Johnson ze swoim znajomym podróżuje po Nowym Yorku, kiedy jej partner Olivier Buts ciężko pracuje w Johnson's Bank.
Nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę. Chwyciłam kolejną gazetę, tym razem był to znany w NY brukowiec. Okładka, na której było moje zdjęcie nie zachęcała. Bałam się otworzyć stronę z artykułem. Gdy to zrobiłam zobaczyłam zdjęcie moje i Justina na lotnisku kiedy mnie przytulił. Potem zdjęcie z marketu, jak śmialiśmy się przy kasie. Potem buziak w policzek w salonie Astona Martina. Na koniec ja z Olivierem trzymająca się za rękę, kiedy szliśmy do restauracji. Ja wybiegająca za nim. I nasza kłótnia obok samochodu. A artykuł brzmiał tak:
Bree Johnson nie umie wybrać odpowiedniego księcia z bajki?
Wczorajszy dzień dziedziczka wielkiej fortuny i dwóch potężnych firm spędziła z niejakim Justinem Bieberem. Nie znaleźliśmy jeszcze żadnych wcześniejszych powiązań, ale bądźcie pewni, że tą dwójkę na pewno coś łączy. Bree wraz z chłopakiem, którego odebrała z lotniska po podróży z Los Angeles świetnie się bawiła. W markecie spożywczym ciągle się śmiali i wygłupiali. Trzeba być ślepym żeby nie dostrzec ich dobrych relacji. Tylko czy to tylko przyjaźń? Dowiedzieliśmy się, że pan Bieber niedawno kupił budynek od Johnson's Company jednak zrezygnował z wieżowca w LA na rzecz budynku w NY. Co było tego powodem? Może nasza pani Johnson? Na dodatek Bree kupiła samochód panu Bieberowi. Nie byle jaki, był to Aston Martin One warty niecałe 2 miliony dolarów. Czym sobie na niego zasłużył? Nie wiemy, ale nasza niewiedza nie potrwa długo. 
Po całym dniu z szatynem nasza panienka wychodzi na kolacje z Olivierem Buts'em, jej aktualnym partnerem. Lub już nieaktualnym. Po niecałych 40 minutach wybiega on z restauracji Per Se, a za nim Bree. Kłócili się, nie wiemy jednak o co. Możemy mieć jednak podejrzenia, że powodem był pan Bieber. Wsiedli oni razem do samochodu, jednak Johnson wróciła do apartamentu sama.
Nie możemy też zapomnieć o tym, że nasza kochana dziedziczka jest w ciąży. Może to pan Bieber jest ojcem jej dziecka?
Nie wierzę. Nie, nie, nie. To nie może być prawda! Wstałam z fotela i ubrałam szpilki. Chyba na czas, ponieważ usłyszałam dźwięk tłuczonych rzeczy z pomieszczenia obok. Wybiegłam najszybciej jak mogłam w moim stanie i zobaczyłam przez oszklone ściany gabinetów Oliviera rozbijającego wszystko co tylko znajdzie pod ręką. Na ziemi pod drzwiami leżał ten sam brukowiec, którego czytałam. Wokół zebrało się kilka osób, ale nikt nie reagował.
- Odsuńcie się do cholery! - krzyknęłam i weszłam do biura blondyna. 
Powoli podchodziłam do odwróconego ode mnie chłopaka. Na ziemi było pełno szkła.
- Błagam, uspokój się - poprosiłam.
Olivier jedynie się zaśmiał i chwycił wazon z półki na książki. Rzucił nim o ścianę, więc roztrzaskał się on w mak. 
- Skarbie przestań.
Spojrzał na mnie, podszedł i chwycił za ramiona trzaskając mną o ścianę. Wcześniej jednak guzikiem włączył zamglenie okien, żeby nikt na korytarzu nas nie widział. Mądrze.
- Skarbie? Skarbie? Chyba sobie kurwa żartujesz!
Trzaskał mną o ścianę jakbym była workiem treningowym. Nigdy się tak nie zachowywał. Co mu się stało?
- Pieprzyłaś się z nim?! Odpowiedz mi kurwa! Znowu się z nim puściłaś?!
Chciałam go uderzyć w policzek. Nikt nie będzie tak do mnie mówił! Nie pozwolę na to. Jednak Olivier mnie wyprzedził. Uderzył mnie z całej siły, a ja jedynie poczułam cholerne pieczenie na lewym policzku. Rzucił mną ostatni raz o ścianę, a ja zsunęłam się do ziemi. 
- Wiesz co? Wybaczę ci to. Wybaczę. Ale klękaj! - powiedział, a ja nie potrafiłam się poruszyć. - Klękaj kurwa! Nie cierpię się powtarzać!
Uklękłam przed nim nie przestając płakać. Blondyn zakluczył drzwi i podszedł do mnie. Odpiął guzik od spodni i zsunął bokserki. Nie mogę w to uwierzyć. W tym momencie znienawidziłam go i znienawidziłam siebie za bezsilność. Olivier otworzył mi na siłę usta i z całej siły włożył swojego penisa. Ciągnął mnie za włosy i nie pozwolił się wyrwać. Miał z tego przyjemność. Robił to tak mocno i niedelikatnie. Czasami dławiłam się kiedy wręcz wbijał się w moje gardło. Po nieokreślonym czasie, dłużącym się niemiłosiernie blondyn spuścił się w moje usta i nakazał połknąć. Nie miałam wyjścia. Trzymał mnie za usta tak długo, aż tego nie zrobiłam. Chwycił za spodnie i je zapiął.
- Było średnio, ale co może taka dziwka jak ty. Nie mów tego nikomu, bo tylko pożałujesz. Do zobaczenia wieczorem, kochanie.
Wyszedł trzaskając drzwiami, a ja osunęłam się na ziemie płacząc. Jak on mógł mi to zrobić? Po chwili usłyszałam zamieszanie na korytarzu. Usiadłam na ziemi i ledwo sięgnęłam guzika do okien. Szyby zrobiły się na nowo przezroczyste, a moim oczom ukazał się Justin. Kiedy mnie zobaczył wpadł do gabinetu i mocno przytulił. Chwycił moje policzki i spojrzał mocno w oczy.
- Co ci się stało? Kto cię uderzył!? Dlaczego płaczesz?
- Ni-e, Jus-tin - mówiłam łamiącym głosem. - Przewróciłam się.
On jedynie spojrzał na biurko, na którym stał mały kartonik z imieniem i nazwiskiem właściciela pomieszczenia. Olivier Buts.
- To ten gnojek?! Nie wybaczę skurwielowi!
I wstał, wyszedł z pokoju zostawiając mnie samą. Ruszyłam szybko za nim, wbiegłam za nim do windy.
- Justin proszę cie, uspokój się. To tylko wypadek. Po prostu się przewróciłam. Oliviera nawet dzisiaj nie widziałam.
- Obiecujesz? - zapytał, a mi po policzku spłynęła łza.
- Obiecuję.

~.~
BUM BUM BUM!
Co się tutaj stało?! Ktoś się spodziewał?!
Tak się dzieje w nowym roku!
Prezent na 2017.
Jak wrażenia? Podoba się?
Ja nie wierzę w to co się tutaj dzieję. Hah

środa, 28 grudnia 2016

Rozdział dwudziesty piąty (II)

Rozdział dwudziesty piąty (II)

Weszłam do apartamentu całkowicie wykończona, nie miałam już siły na nic. Odłożyłam do połowy wypity kubek herbaty mrożonej od Starbucks i usiadłam na stołku obok wyspy kuchennej. Cały dzień spędziłam sama w biurze, jedynie co zrobiłam to zadzwoniłam do architektów i umówiłam ich z Justinem na spotkanie. Siedziałam na kanapie u siebie w firmie i płakałam. Nadal nie mogę uwierzyć w to co zrobił Olivier. Miałam nadzieję, że to tylko chory sen, ale rzeczywistość okazała się na nowo szara i smutna. Wtorek, 11 luty, kolejny najgorszy dzień życia do kolekcji najgorszych dni życia Bree Johnson. Co ja takiego zrobiłam temu cholernemu światu, że aż tak mnie nienawidzi. 
Jedyne co mi pozostało to płakać w samotności. Postanowiłam wziąć prysznic, nie wierzę, że może mnie to jakkolwiek oczyścić, ale nie mam żadnych pomysłów. Przeszłam przez salon prosto do sypialni, z której weszłam do garderoby. Zrzuciłam z siebie sukienkę, którą i tak będę musiała wyrzucić. Jest podarta od rzucania mną o ścianę. Gdy byłam już naga weszłam do łazienki i włączyłam deszczownice pod prysznicem. Stanęłam po strumieniem wody i chwyciłam w dłoń miętowy żel pod prysznic. Dokładnie się nim umyłam i opłukałam z piany. 
Kiedy miałam wziąć szampon, ktoś gwałtownie pchnął mnie o ścianę. Poczułam strach i ból w brzuchu. Po chwili ujrzałam nagiego Oliviera dokładnie za mną. Obrócił mnie tak, że opierałam się bokiem o zimne płytki łazienkowe.
- Przemyślałaś już swoje dziwkarskie zachowanie, kochanie?
Znowu zaczęłam płakać. Miałam cichą nadzieję, że to co stało się w firmie to tylko nagły napad złości, a tutaj znowu się wszystko powtarza. Poczułam jak mocno mnie trzyma za nadgarstek, a po chwili gwałtownie wbił się we mnie od tyłu. Pisnęłam z bólu.
- Oh boli? To kara za to, że dałaś jemu, a nie mi. 
Nie wierzę w jego słowa. Jak to możliwe, że z tak delikatnego i wrażliwego mężczyzny zmienił się w potwora.
- Jesteś nic nie wartą suką.
I tak w kółko powtarzał mi do ucha. Dziwka. Suka. Szmata. Każde pchnięcie sprawiało ból psychiczny i fizyczny. Aż wreszcie się skończyło. Wytrysnął na moje plecy i wyszedł. Znowu bez słowa mnie zostawił, a ja znowu zsunęłam się na ziemie i płakałam. Nie wiem jak długo.
Znowu zachciało mi się to zrobić. Obiecałam sobie to już dawno. Daje radę od dawna. Nie tnę się, ale dzisiaj już wszystko mnie przerosło. Wyszłam spod prysznica i wyciągnęłam żyletkę, starą dobrą przyjaciółkę. Trzymałam ją obok nadgarstka długo, jednak nie mam jeszcze tak silnej psychiki, bo zrobiłam trzy kreski. Dosyć głębokie. 
- Idę po jedzenie. Nie wychodź z domu, rozumiesz?! - usłyszałam krzyk Oliviera.
To była moja szansa. Wybiegłam z łazienki. Ubrałam szybko stanik sportowy, czarną bluzę Adidasa, również czarne leginsy i ulubione buty do biegania. Wszystko co pierwsze rzuciło mi się do ręki. Wyciągnęłam walizkę średniej wielkości i wrzuciłam do niej dwie sukienki, spódnice, koszule, bluzę, leginsy, kilka par majtek, biustonosz i wleciałam szybko do łazienki po kosmetyki. Po pięciu minutach w walizce znalazła się kosmetyczka i parę par butów. Zapięłam ją i postawiłam w pionie. Spakowałam Macbooka do torby na laptopa. Chwyciłam torebkę i jak najszybciej potrafiłam wyszłam z domu. Do samochodu wpadłam jak błyskawica. Szybko wrzuciłam dosyć ciężką walizkę do bagażnika i wyjechałam swoim Porsche z parkingu. Ciągle rozglądałam się czy nie ma nigdzie Oliviera.
W zasadzie nie wiem co robię. Wiem tylko tyle, że jutro lecę do Kalifornii, gdzie mieści się główna siedziba Apple. Mam pomóc Justinowi podpisać kontrakt z nimi. Chcemy aby wyposażyli oni całą firmę Biebera swoim sprzętem. Mam z nimi umowę na obie firmy, więc negocjacja kolejnej nie będzie problemem. Jedynym moim problemem będzie teraz to gdzie mam przenocować. Firma nie jest bezpiecznym miejscem, hotel również, bo jako mój asystent ma dostęp do płatności moją kartą kredytową. Gotówki nie mam przy sobie, więc odpada. Mia ze swoim synkiem wyjechała do rodziców, a Madison jest w Europie. Pozostaje mi Christian, który mieszka w LA, więc to mówi samo za siebie. No i on. Justin. 
Nie mam wyjścia. Tylko co ja mam mu powiedzieć. Nie powiem przecież, ze boje się swojego chłopaka, który mnie dzisiaj pobił, zmusił do zrobienia mu loda, i pieprzył pod prysznicem bez mojej zgody. Do tego mój piękny siniak na policzku po woli daje o sobie znać. Najpierw muszę wymyślić jakąś wymówkę dlatego teraz bezsensownie jeżdżę po mieście z nadzieją, że nie spotkam gdzieś Oliviera. 
Podjechałam pod apartamentowiec szatyna. Wjechałam do parkingu podziemnego i wystarczyło, że pokazałam dowód osobisty by ochroniarz mnie wpuścił. Stanęłam obok samochodu chłopaka i chciałam już wyjść kiedy usłyszałam dzwonek telefonu. Wiedziałam kto do mnie dzwoni dlatego po prostu wyłączyłam telefon. Wysiadłam i wyciągnęłam walizkę wraz z torebką i torbą na laptopa. Wcisnęłam odpowiednie piętro w windzie, a po chwili stałam pod drzwiami jego mieszkania. Nie wiedziałam czy dobrze robię, czy nie. Chwile siedziałam na ziemi. Próbowałam zapukać kilka razy, ale za każdym się poddawałam. Aż jakiś sąsiad nie wyszedł ze swojego apartamentu i spojrzał na mnie jak na bezdomną. Widocznie nie wiedział kim jestem. I dobrze.
Wstałam z podłogi już kolejny raz i bezmyślnie zapukałam do drzwi. Słyszałam jak ktoś wstaje z kanapy i przycisza telewizor. Po chwili drzwi się otworzyły, a w progu stanął szatyn w samych bokserkach.
- Bree? Co tu robisz? Coś się stało? Mieliśmy przecież lecieć jutro - był zdziwiony, bo podrapał się po karku.
- Yyy, tak, tak. Znaczy, bo ja. Yyy, bo może będziemy, bo.. Nie to głupie. Już sobie idę. Przepraszam.
W zasadzie już odchodziłam od drzwi kiedy jego ręka wciągnęła mnie do mieszkania. Sekundę później wszystko co miałam ze sobą znalazło się obok mnie.
- Powiedz o co chodzi? - zapytał.
- Po prostu pomyślałam, że przyjadę wcześniej i skoro mamy być przyjaciółmi to sobie po prostu pogadamy jak dawniej, czy coś. 
Spojrzał na mnie nie ufnie i usiadł po woli na kanapie.
- Załóżmy, że ci wierzę. Siadaj, leci twój ulubiony film.
I tak spędziliśmy trzy godziny oglądając Titanica, potem położyłam się spać w sypialni dla gości w jego koszulce, która pachniała przeszłością. Płakałam pół nocy, ale tym razem ze szczęścia i z powodu przypomnianych mi dawnych wspomnień.

~.~
Co ty robisz Olivier?!
Jesteś chory czy cos?
A wy co uważacie?




















wtorek, 27 grudnia 2016

Rozdział dwudziesty drugi (II)

Rozdział dwudziesty drugi (II)

Usiadłem na szarym krzesełku po prawej stronie od wyjścia z strefy paszportowej na lotnisku. Napisałem wiadomość do Bree jakieś dziesięć minut temu i zdaje sobie z tego doskonale sprawę, że nie przyjedzie po tak krótkim czasie z drugiej strony miasta. Nie znam za bardzo tego miasta, ale z tego co pamiętam od apartamentu dziewczyny do miejsca naszego spotkania jest jakieś pół godziny drogi. Wyjąłem telefon z kieszeni i sprawdziłem portal internetowy z ofertami przeróżnych projektantów wnętrz. Nie znalazłem jednak żadnej ciekawej, więc wyszedłem ze strony z nadzieją, że być może szatynka będzie znała kogoś dobrego w tej branży. 
Nie miałem już ochoty siedzieć, bo wystarczająco dużo czasu spędziłem w samolocie. Spojrzałem na zegarek i według moich obliczeń zostało mi pięć minut czekania. Wstałem i zacząłem chodzić tam i z powrotem wokół mojej walizki, aż wreszcie zobaczyłem podjeżdżające Audi RS 7 Sportback w kolorze czarnym i doskonale wiedziałem do kogo one należy, mimo że szyby były przyciemnione. Od razu zatęskniłem za swoim R8, które zabrała mi Taylor. Po prostu kiedy wyjeżdżałem mojego samochodu nie było. Nie zamierzałem już nic robić, poprosiłem Chrisa, żeby to załatwił.
Wyszedłem na zewnątrz z walizkom i torbą na ramieniu. Z auta wyszła Bree jak zwykle piękna w warkoczach i dość dużym brzuchem, w którym było nasze dziecko. Jak to cudownie brzmi. 
- Ja wiem, jestem gruba, ale nie musisz stać jak wryty i się wpatrywać jak w wieloryba.
Zaśmiałem się otwierając bagażnik. Myślałem, że jej propozycja, która brzmiała "zachowujmy się jak przyjaciele, ok" nie wyjdzie. Jednak widzę, że strasznie się stara. Po włożeniu moich bagaży podszedłem do niej i przytuliłem.
- Tęskniłem za tobą - powiedziałem i pocałowałem w policzek.
Odsunęła się i spojrzała mi w oczy.
- Justin, przyjaciele, tylko przyjaciele, pamiętaj - przypomniała mi i ruszyła na miejsce kierowcy.
- Ale przyjaciele też mogą za sobą tęsknić - rzuciłem siadając na fotel.
Nie skomentowała tego i tylko ruszyła w stronę centrum miasta. Całą drogę panowała komfortowa cisza między nami, żadne z nas się nie odzywało, a z głośników wypływały delikatne dźwięki muzyki klasycznej. Bree od zawsze lubiła taką muzykę i doskonale o tym wiem. Szczerze powiem, że polubiłem ją też, ale tylko wtedy kiedy szatynka grała ją na fortepianie.
- Zaczniemy od twojego mieszkania, zostawimy twoje bagaże i pokaże ci trochę miasta, twój nowy budynek. Wiesz, mam nadzieję, jak dotrzeć do mnie do firmy, jednej i drugiej. Wiesz też gdzie mieszkam. Możesz na mnie liczyć w każdej sytuacji. Dobra, dalej. Podjedziemy na jakieś zakupy spożywcze. Moja gosposia ma cudowną znajomą, która zajmie się twoim apartamentem od jutra, więc przyda ci się trochę jedzenia. Mam dla ciebie też małą niespodziankę.
Uśmiechnęła się i skręciła w podziemny parking wielkiego apartamentowca.
- Dziękuję ci za wszystko, Bree.
- Jeszcze mi nie dziękuj, zawsze może ci się coś nie spodobać. 
Nawet tego nie skomentowałem. Byłem wręcz pewny, że jeżeli to ona podjęła się tego wszystkiego to będzie idealnie. Dziewczyna wyszła z pojazdu, a ja poszedłem w jej ślady. Wyjąłem walizkę wraz z torbą i podszedłem do szatynki, która stała przy windzie. Wcisnęła piętro numer 14, a po dwóch minutach i chwili denerwującej muzyki byliśmy na odpowiednim poziomie. Bree skręciła w lewo i szła aż do końca korytarza. Na moim piętrze znajdowały się cztery apartamenty. Podała mi klucze, a ja otworzyłem drzwi, jednak ją pierwszą wpuściłem do środka. Po prawej stronie znajdowała się kuchnia z połączonym salonem. Na lewo trzy pary drzwi. Miałem zapytać co tam jest, ale wyprzedziła mnie i zaczęła opowiadać:
- To najlepsze mieszkanie jakie znalazłam, choć - chwyciła mnie za dłoń i pociągnęła do okien, które składały się na ścianę. - Masz niesamowity widok na central park, tam w oddali jest Wall Street, tam moje firmy, a tutaj twój budynek. Myślę, że ci się spodoba - wskazała na niesamowity, również oszklony wieżowiec. - Okey, a więc teraz mieszkanie. Te pierwsze drzwi prowadzą do siłowni, środkowe to pokój filmowy, ostatnie to twoje biuro w domu. Na górze masz sypialnie, pokoju również przejdziesz do łazienki i garderoby. Jest jeszcze sypialnia gościnna. Jakiś kolejny pokój, ale nie wiem co tam zrobisz. I jak?
Spojrzałem na nią i jedynie ją przytuliłem.
Kolejnym punktem naszego dnia było podpisanie umowy i przekazanie kluczy. Szybko to zleciało, budynek jak się spodziewałem był taki jaki sobie wyobrażałem. Następnie wybraliśmy się na szybkie zakupy spożywcze. Było całkiem zabawnie kiedy Bree wkładała mi przeróżne rzeczy do koszyka, a ja je wyjmowałem. Ciągle się śmialiśmy, a ludzie cały czas się na nas patrzyli. Jeszcze trochę i zapomniałbym jaka jest, czy jaka musi być po między nami relacja.
- Teraz taka mała niespodzianka, dobrze?
Jedynie skinąłem jej potwierdzająco. Tak dużo już dla mnie zrobiła. Kiedy skręciła na skrzyżowaniu w stronę salonu Aston Martin'a.
- Chyba żartujesz, kupujesz sobie kolejny samochód? - zapytałem wysiadając z samochodu.
Nic nie powiedziała tylko weszła do salonu. 
- Aaron! Już jestem!
Nie odzywałem się, tylko podałem dłoń mężczyźnie. Skierowaliśmy się do garaży za budynkiem. Chłopak uśmiechnął się i otworzył pilotem bramę. Moim oczom ukazał się czarny sportowy samochód warty jakieś dwa miliony. Bree stanęła przed autem i wyciągnęła ręce w górę.
- Twój nowy Aston Martin One! Podoba się?!
Co?! Jaki mój? Przecież ja nic nie kupiłem. Szczególnie nie kupiłem samochodu, teraz kiedy otwieram firmę. W między czasie Aaron nas zostawił, podając dziewczynie kluczyki i dokumenty.
- Będziesz już niedługo panem biznemen'em, musisz mieć porządny samochód. Tylko nic nie mów i po prostu podziękuj! Przyjmij to jako wcześniejszy prezent urodzinowy. 
Jedynie przytuliłem ją co chwila powtarzając, że nie mogę tego przyjąć. Szatynka podała mi kluczyki i pocałowała w policzek mówiąc cicho, że nie ma za co. 
- Do zobaczenia niedługo! Mam nadzieję, że będzie się dobrze prowadził! - powiedziała odchodząc.
Wciąż nie mogłem w to uwierzyć. Na dworze było już ciemno więc postanowiłem wrócić do domu, do nowego domu moim nowym samochodem.
Usłyszalem jednak jeszcze za sobą Bree:
- Justin? - spytała, a ja się odwróciłem. - Ja też tęskniłam

~.~
Co myślicie?
Uważasz, że to dobrze, że Bree i Justin starają się mieć relacje przyjacielskie?
Piszcie co uważacie.
W następnym dojdzie do spotkania Justina i Oliviera? Czy może nie?
Co się stanie?
Nie mogę się doczekać najbliżysz rozdziałów.
Będzie się działo, Zobaczycie!
Mam kilka napisanych do przodu więc pojawią się szybciej.
Tak jak ten po trzech dniach! Tylko nie wiem po ilu dniach tamte.
Nie chce też od razu przedstawiać wam kawę na ławę.
Musi być trochę emocji!

niedziela, 25 grudnia 2016

Rozdział dwudziesty pierwszy (II)

Rozdział dwudziesty pierwszy (II)

Obudziło mnie lekkie głaskanie po policzku, nadal miałam zamknięte oczy, ale doskonale wiedziałam kto leży obok. Zamruczałam z przyjemności niczym kotka, a chłopak obok mnie zachichotał.
- Dzień dobry kochanie - powiedział i pocałował mnie w usta.Otworzyłam oczy i uśmiechnęłam się. Odwzajemniłam pocałunek i rownież się przywitałam. Oparłam się plecami o zagłówek łóżka i w myślach przeglądałam swój grafik na dzisiejszy dzień.
- Czym się tak zamartwiasz, skarbie? - zapytał mnie blondyn. Moje policzki jak na zawołanie lekko poczerwieniały. Nadal nie potrafiłam przyzwyczaić się do czułych słówek z jego ust, mimo że byliśmy razem od ponad miesiąca. Był dzisiaj 10 lutego, poniedziałek czyli znienawidzony przez większość ludzkości dzień tygodnia. Wstałam z łóżka i ruszyłam w stronę łazienki, a mój chłopak zaraz za mną. Przejrzałam się w lustrze i jak codzień wydawało mi się, lub naprawdę tak było, przytyłam. W prawdzie mój brzuch był już widoczny od połowy trzeciego miesiąca, ale teraz robi się ciągle większy i większy. Oczywiście spodziewałam się tego. Zaczynam w zasadzie 6 miesiąc ciąży. Brukowce już piszą o mnie artykuły, zostałam poproszona o kilka wywiadów, ale nie podjęłam się ich. Zaproponowali mi nawet sesje zdjęciową dla kobiet w ciąży prezentujących jakąś nową kolekcje ubrań, nawet nie wiem jakiej firmy.
 - Opowiesz mi w końcu? - zapytał ponownie całując mój kark. Zaczął ściągać mój szlafrok, a do ucha szepnął propozycje wspólnego prysznicu. Zgodziłam się bez żadnych zbędnych przekonywań. Przez ciąże mam większy apetyt na seks. Dosłownie nie mam dosyć. Blondyn włączył deszczownice i szybko zdjął bokserki. Oboje weszliśmy pod strumień wody nie przerywając pocałunku. Podziwiam go za to, że nadal potrafi mnie podnieść mimo mojej wagi. Tak zrobił i tym razem. W łazience słychać było tylko nasze przyspieszone oddechy, odbijające się od siebie ciała i wodę spływająca na płytki. Modliłam się by Martha, moja gosposia, którą swoją drogą mocno polubiłam przez jej talent do przewidzenia na co będę miała ochotę w nocy, nie usłyszała tego jak uprawiamy seks pod prysznicem.
- Rozluźniłem cię chociaż troszeczkę? - zapytał.
- Nawet jeśli byś próbował milion razy, chyba dzisiaj się to nie uda. Wiesz, że dzisiaj przyjeżdża, nie widziałam go już tak dawno. Dużo nas łączyło i wiesz, że nie mogę go tak po prostu wyrzucić z serca.
Doskonale wiem, że moje słowa strasznie go ranią, ale wiedział na co się pisze. Znał moją sytuacje.
- Obiecuję, że za parę dni kiedy wszystko już załatwimy będzie tak jak było.
- Kocham cię Bree, pamiętaj.
- Ja ciebie też kocham, Olivier.
Ponownie go pocałowałam i spojrzałam głęboko w oczy. Widziałam w nich ten niesamowity blask. Może i był ode mnie starszy o całe 10 lat, ale przecież miłość nie jest zależna od wieku. Kocham go i wiem, że kiedy będę potrzebować to zawsze mi pomoże. Jednak teraz, dzisiaj, kiedy Justin przyjeżdża nie może mi pomóc w żaden sposób. Miałam go odebrać z lotniska, poprosił mnie o to. Mamy dzisiaj dużo rzeczy do załatwienia. Muszę pokazać mu nowe mieszkanie, nowy budynek. W jego życiu tyle się zmieni, a to wszystko z poświęcenia dla naszego dziecka.
- Błagam cię nie myśl o nim, wystarczająco mocno go nie lubię. Kiedy myślę o tym, że spędzisz z nim cały dzień, a do tego, że teraz częściej będę musiał patrzeć w te jego zakochane w tobie oczy dostaje szału.
W takiej sytuacji kompletnie nie mam pomysłu co mogłabym powiedzieć. Jedynie go przytuliłam i wyszłam z łazienki owinięta jedynie ręcznikiem. Ubrałam czarne leginsy, które były teraz nierozłączną częścią mojego ubioru. W mojej szafie przeważały czarne, szare i granatowe wersje w różnych rozmiarach, z powodu ciągłego nabywania wagi. Ulubionym sklepem była Nike czy Adidas gdzie kupowałam szerokie bluzki, bluzy i oczywiście leginsy. Dzisiaj dobrałam czarną koszulkę z Calvina Kleina. Na stopy założyłam również czarne Timberlandy, a jedynym jasnym kolorem w moim stroju była torebka Korsa w kolorze pudrowego różu.
- Martha? - zawołałam wychodząc z pomieszczenia.
Uśmiechnęła się w moją stronę pytając w czym może mi pomóc. Poprosiłam o miseczkę płatków z mlekiem i zapytałam czy była by tak miła i zrobiła mi dwa warkoczyki. Gosposia bez zastanowienia zgodziła się. Była wręcz zadowolona z możliwości zajęcia się moimi włosami.
- Ślicznie będziesz w nich wyglądać zobaczysz! - powiedziała kiedy po zjedzeniu śniadania usiadłam przed nią na krześle. - Moje drogie dziecko, wyglądasz na taką szczęśliwa, ale dzisiaj jesteś taka zdenerwowana. Co się dzieje? Stres nie jest dobry w twoim stanie, kochana.
Ostatnimi miesiącami strasznie się do niej przywiązałam. Powiedziałam jej kto jest prawdziwym ojcem mojego dziecka, a ona obiecała mi pomóc przy wszystkim. Sama ma czwórkę już dorosłych dzieci, ale nie może doczekać się wnucząt.
- Justin dzisiaj przyjeżdża, muszę mu dzisiaj pomóc, a za kilka dni idę do lekarza.
- Oh skarbie, dowiemy się czy to dziewczyna lub chłopiec! A Justin, nie przejmuj się wszystko będzie dobrze!
Do salonu w tym momencie wpadł Olivier, nie był już taki jak po obudzeniu. Jego mina mówiła sama za siebie. Był niesamowicie zdenerwowany.
- Możesz do cholery przestać o nim mówić! To ja jestem twoim facetem nie on, więc przestań!
Ruszył w stronę drzwi by wyjść z apartamentu, ale zatrzymał się jeszcze na chwile.
- Dostałaś wiadomość, twój książę z bajki wylądował i czeka.
Wyszedł z mieszkania, a ja pobiegłam za nim. Zauważyłam go na końcu korytarza i krzyknęłam za nim:
- Kocham cię Olivier!
Nawet się nie odwrócił tylko wszedł do windy i odjechał, a ja wróciłam do środka. Martha skończyła robić mi warkocze, a potem sama zjechałam do garażu i wyjechałam w stronę lotniska swoim Audi by odebrać pana Biebera po długiej podróży.

~.~
Dziękuje wszystkim którzy pomogli mi poradzić sobie z zaistniałą niedawno sytuacją.
Wszystko już się wyjaśniło.

Mam nadzieje, że rozdział się wam spodobał. 
Napiszcie o myślicie :)
Pozdrawiam i życzę wesołych świąt.